Hura, siedzę w domu! Cały dzień urlopu! Ok, może nie cały, bo w sumie wzięłam dzień wolny nie na posiedzenie w domu, ale po to, by coś załatwić, no i zasadniczo nie siedzę, bo od samego świtu kręcę się to tu to tam, a robota i tak mnie znajduje. Ale właśnie usiadłam na chwilkę na kawkę. Potem jeszcze kilka spraw ogarnąć, no i w miasto załatwiać resztę. Ależ mi dobrze! Prania, obiad i inne takie - mogę być w domu zaganiana! To i tak wymarzona "nuda" w porównaniu z pracą tak zwaną zawodową. Mogłabym tak pracować w domu, mogłabym nie silić się na "karierę", zdecydowanie wystarcza mi bycie żoną i matką. Zwykle po około 3 dniach takiego pobytu w domu jakoś mi przechodzi, ale dziś o tym nie pamiętam. Teraz radykalnie - kura domowa to moje przeznaczenie. Polubię nawet prasowanie - serio! Przebiśniegi w ogródku od frontu wyglądają tak od początku stycznia. No i zapomniany hiacynt, którego przeoczyłam widocznie, gdy późną jesienią robiłam ogrodowe przeprowadzki....
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)