poniedziałek, 27 stycznia 2020

styczeń



Hura, siedzę w domu! Cały dzień urlopu! Ok, może nie cały, bo w sumie wzięłam dzień wolny nie na posiedzenie w domu, ale po to, by coś załatwić, no i zasadniczo nie siedzę, bo od samego świtu kręcę się to tu to tam, a robota i tak mnie znajduje. Ale właśnie usiadłam na chwilkę na kawkę. Potem jeszcze kilka spraw ogarnąć, no i w miasto załatwiać resztę.
Ależ mi dobrze! Prania, obiad i inne takie - mogę być w domu zaganiana! To i tak wymarzona "nuda" w porównaniu z pracą tak zwaną zawodową. Mogłabym tak pracować w domu, mogłabym nie silić się na "karierę", zdecydowanie wystarcza mi bycie żoną i matką. Zwykle po około 3 dniach takiego pobytu w domu jakoś mi przechodzi, ale dziś o tym nie pamiętam. Teraz radykalnie - kura domowa to moje przeznaczenie. Polubię nawet prasowanie - serio!

Przebiśniegi w ogródku od frontu wyglądają tak od początku stycznia. No i zapomniany hiacynt, którego przeoczyłam widocznie, gdy późną jesienią robiłam ogrodowe przeprowadzki. 
Już nie mogę się doczekać wiosennego zamieszania. Powstrzymuję się jeszcze od kupowania nasion, od pobierania szczepek pelargonii do ukorzeniania, od przesadzania domowych roślin. Jeszcze chwila. Jeszcze w salonie stoi choinka i przypomina, że w tym roku świąt jakby nie było.

niedziela, 12 stycznia 2020

znowu początek




Dla mnie tak rozpoczął się Nowy Rok - wschodem słońca za przystankiem, a raczej niebem w nieoczekiwanych kolorach, krwawych. Ten jasny punkt między drzewami to wcale nie słońce, po prostu silne światło na kominie elektrociepłowni. Czasem lepiej nie wiedzieć. Pusta ulica drugiego stycznia, nieprzyjemny poranek nieprzyjemnego roku, a tu proszę - mimo wszystko namiastka w zasadzie jakiegoś piękna. Albo przestroga, zależy jak spojrzeć.

Powinnam tyle zmienić w swoim życiu. Nie rozumiem, czemu tego nie robię. Dlaczego kończy się na zauważeniu problemu, opisaniu go mniej lub bardziej właściwie, ale nie idzie za tym nic ponad wytrzymałość, asekuranctwo, zmęczenie? Dlaczego uznaję coś dla świętego spokoju? Czemu to spokój jest święty, a nie zamieszanie, które zawsze towarzyszy zmianie? A nade wszystko - czemu we mnie tak mało skłonności do podejmowania ryzyka?

Wytłumaczę sobie każdą krzywdę, każdą niesprawiedliwość biorę na siebie. Krytyka owszem, budzi we mnie bunt, ale dopiero wtórnie. Najpierw burzy we mnie z trudem budowane latami poczucie wartości. Gdy przychodzi do chłodnego osądu, nie mam już w sobie czego bronić. Już wtedy nie wiem, co wiem, kim jestem, tracę wieloletnie doświadczenie i zdrowy rozsądek. Nie ufam sobie i kłamcom - emocjom.

Jestem tylko ja, mała samotna dziewczynka na pustej ulicy, w obliczu kolejnego początku kryzysu, który świat mylnie bierze za słońce.