Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą sufitologia

przed świętami

Ech, sama chciałam, więc mam! Kulinarne prace wigilijne. Pierwszy raz! Dzieciaki dekorowały dzisiaj upieczone kilka dni temu pierniki. Cały stół w reniferach, gwiazdkach, choinkach! Wiele tej dokaracji może nie było, bo tylko dwa rodzaje polewy i trzy posypki, ale były zarobione aż miło. Po południu zrobiłam farsz do pierogów i wigilijną kapustę, a wieczorem, jak już dziki poszły spać, lepiłam, lepiłam, lepiłam, aż 50 pierogów spoczęło na talerzach. Obsuszają się teraz, abym mogła je w miarę bez szkody zamrozić. Kapusta leżakuje na balkonie. Miało być troszkę inaczej, bo planowałam urlop na 24 grudnia. Wyszło inaczej, idę do pracy. Czasem tak bywa, że nie jest tak, jak zamierzałam. Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, takie coś mnie złościło, wytrącało niemal z równowagi. Ale teraz - teraz nie. Zresztą i tak nie mam na to wpływu, więc po prostu musiałam przeorganizować moje plany. Cóż, tak też jest dobrze. Z przygotowań do świąt zostały mi już tylko potrawy. No może jeszcze pakowanie ...

ze mną tak zawsze

ON - Napisz list do św. Mikołaja, bo nie wie, co Ci kupić. JA - Hm, nie byłam grzeczna w tym roku. ON - No ale tak nic nie dostaniesz? Bez sensu. Jak to będzie wyglądało? Nie wygłupiaj się, po prostu powiedz co chcesz, bo nie wiem, co ci kupić. JA - Chciałabym, abyś wiedział. ON - No, ale nie wiem. Ty też na pewno nie wiesz, co ja bym chciał. Jak chcesz to powiem ci co ja chcę dostać. Tylko 59 zł, pojedziesz, kupisz i gotowe. JA - Mikołaj już od dawna ma dla ciebie prezent. ON - Ale nie wiesz, czy mi się spodoba. JA - Nie wiem, ale próbowałam zgadnąć. Mam nadzieję, że to docenisz. ON - No tak, tak. Ale weź no powiedz, co chcesz. Albo kup sobie, zapakujemy i będziesz zadowolona. JA - Chciałabym, abyś się zastanowił, co mogłoby mi sprawić radość. ON - Jasne. Z tobą tak zawsze.

między linijkami

Po tak długiej przerwie trudno jest na nowo zacząć. Ale z każdym dniem będzie trudniej, więc chyba nieważne, że zwyczajnie napiszę, bez udziwnień i nie z sufitu, że po prostu jestem sobie, czytam, myślę, funkcjonuję. Znaku nie daję lub rzadko bardzo, ale to milczenie nie ma przyczyn. Lub ma nieodkryte. Przyznam się jednak, że czasem wplątują mi się we włosy myśli o tym, jakie to wygodne napisać, że chwilowo czytam tylko, nie piszę. Czy to cokolwiek usprawiedliwia? Jakby trochę egoizm dodatkowo, wygodnictwo i jakież asekuranctwo! Blogowicze dzielą się swoimi światami ze mną, a ja - milczę. Nic od siebie nie daję, choćby to było proste, powszednie, nudne nawet. Blogowicze też - jak to się mówi - nie mają czasu, pomysłu czasem, inwencji, siły i wiary we własne mini-doskonałości, a jednak siadają i piszą. Czy ktoś czyta, czy nie czyta. Piszą. Że święta, że szalik, że śnieg lub deszcz albo książka, ale przez tę wąską szczelinę słów udaje się zajrzeć do nich, herbatkę wypić z nimi czytając...

jesienna niecierpliwość

Z tego wszystkiego, przez ten czas co tak gna przed siebie bez opamiętania, zapomniałam dodać posta o kasztanach. Wtedy jeszcze były, z rzadka ich wymuskany kulisty brąz prześwietlał spod schnącego lata. I trawniki były zielone, a na pierwszych wspólnych kasztanach z wieczora byłam nawet w klapkach! Słońce zachodziło czerwono za wieżowcami, a pomarańczowe języki nieba kładły się nam pod stopy. I już nie wiadomo było, gdzie te kasztany. Czy ta rudość od nich, od liści czy jest pożegnaniem słońca? Pamiętam, tamten post miał być o niecierpliwości. Każdy chodził na kasztany, niewielu je znajdowało. Zauważyłam jednak, że nie każdy przychodzi w te alejki dla samego przychodzenia, dla frajdy niespiesznego łażenia po liściach, dla uśmiechu, gdy choć raz uda się odnaleźć tę śliczną jesienną kulkę do przenoszenia potem w kieszeni, ustawiania w pracy przy monitorze, dodatkowego obciążania damskiej torebki. Po co komu reklamówka kasztanów? Skąd ten pęd, by mieć? Posiadać ich tyle, ile się da, a ...

powrót z urlopu

Wróciłam z urlopu. W sumie powroty do domu zawsze są miłe, ale jakoś z urlopu wrócić mi trudniej. Przez pierwszy tydzień urlopu jeszcze myślałam o pracy i codziennym życiu, w drugim tygodniu już wdrożyłam się w inną codzienność. W trzecim tygodniu zapomniałam, że w ogóle była inna, ta poprzednia. No i wtedy - o masz - pora wracać. Kanapki zrobione czekają w lodówce, koszule wyprasowane, naszykowana książka do tramwaju - swoją drogą ciekawe, czy do pracy nadal dojeżdża ten sam tramwaj. Jutro się przekonam. Żebym tylko nie zapomniała wykupić biletu, bo przecież termin minął... Ech, wszystko wraca. Czuję się trochę tak, jakbym niedługo miała obchodzić swój prywatny Sylwester. Koniec roku zakończony urlopem. Od września znowu będę układała swoje dni według nowych planów. Będą nowe poniedziałki, wtorki, całkiem odmienne czwartki i cała reszta. I znowu po urlopie mam takie marzenia, by wpisać w nie jakieś swoje nowości, a nie tylko plany lekcji i zajęcia dodatkowe dzieci, rehabilitacje ...

grzebień codzienności

Moje wakacje niestety dobiegają końca, a myśli, które przecież obiecywałam sobie uporządkować, wyglądają tak, jak te wodorosty na słupkach falochronu. Ale co tam, może wcale nie trzeba ich zaraz rozczesywać. Może lepiej zostawić wszystko tak, jak jest. Nic na siłę! Niech grzebieniem będzie po prostu codzienność, ta zwyczajna. W końcu to wiadomo - niezależnie od tego, jak bym sobie życia w myślach nie poukładała - i tak wyjdzie inaczej. Więc nie ma się chyba co zadręczać. Morze było spokoje przez pierwszy tydzień, leniwe i ciche. Paliki porastały sobie zielonością w formie anielskich włosów. Moczyłam stopy, obserwowałam galaretkowate meduzy. Ale po tygodniu - zmiana. Humorzaste morze obnosi się ze swoją niezgodą na spokój. Wieje zimny wiatr, woda zalewa większą część plaży, zostawia kamienie, odziera falochrony nie tylko z nadmiaru, ale też z czegokolwiek. Niech zatem moje myśli oczyszczają się same znanymi sobie żywiołami, mimo że z tym naroślem jednak trochę im do twarzy.

orzeszki

Co robiłam cały wieczór? Orzeszki! Szkoda tylko, że dzieciom jakoś bardzo nie smakowały... A myślałam, że zrobią furorę. Trudno.

Pałac w Nieborowie przy świecach

Znam to miejsce od dzieciństwa. I park, i pałac, także niedaleka Arkadia – wszystko wpisało się swoją obecnością w moją historię. Wielokrotnie czytałam grzbiety książek w bibliotece, dziwiłam się rozmiarom łoża, w którym spał cesarz. Najpierw ten ogromny pałac otoczony wielgachnym parkiem z każdą moją wizytą kurczył się znacząco. Dziś zastanawia mnie czemu obawiałam się kiedyś, że mogę się tam zagubić. Jednak nigdy nie byłam w Nieborowie nocą. Mój mąż wyczytał gdzieś, czy w radiu wysłuchał, a właśnie byliśmy całkiem niedaleko i zwyczajnie trafiła się okazja, by moje urodziny uczcić w pałacu, nocą i w dodatku przy świecach. Pierwszy raz brałam udział w Nocy Muzeów, bo jakoś nigdy nie wydawało mi się przyjemne oglądanie eksponatów w dzikim tłumie zwiedzających. Z pewnością niewiele bym z tego wyniosła. Ale w tym przypadku nie chodziło o zwiedzanie, ale o atmosferę, o inność, odrobinę niezwyczajności. Łatwo było poczuć klimat prowincjonalnego pałacyku nocą. Przewodniczka ubrana była...

las i poziomki

Nie byłam w lesie, nie miałam z kim iść. Choć pewna mała dziewczynka dzielnie postanowiła mi towarzyszyć, na tak postawione pytanie: "A dokąd wolisz iść - do lasu czy na plac zabaw?", odpowiedź mogła być tylko jedna. Wiadomo. Moje wejście do lasu wygląda tak: Za to huśtałam się na huśtawce, a to jak wiadomo czasem zmienia perspektywę. Na tym akurat placu zabaw sama czuję się jak mała dziewczynka. Może dlatego, że las włazi także na plac, próbuje. Jak? No tak: Las za siatką: A oprócz tego - chyba będę miała poziomki. Jak się nad tym tak głębiej zastanowić, poziomki to moje ulubione owoce.

wystarczy, że jesteś gdzieś obok

Czasem "wystarczy, że jesteś gdzieś obok". To zdanie jest kluczowe i wiele mówi o mnie, bo to właśnie zdanie mogłabym powiedzieć do wielu ludzi i wielu spraw. Czasem nie potrzebne mi zaangażowanie drugiej strony, wręcz mnie denerwuje, wytrąca z równowagi. Rozumiem, że jestem w tym samolubna, bo niektórzy ludzi bardzo chcieliby pomóc, bardzo, bardzo. I krzywdzę ich dodatkowo odmawiając. Może dlatego mówi się o dystansie. Tak, to zdanie może utrzymać ludzi na dystans. Tak mam. Nie tylko wobec ludzi zresztą. Na przykład w stosunku do przyrody również. Mam działkę w lesie. Prawie co tydzień tam jeździmy. Zaczynam czuć się tam coraz lepiej i czasem jedziemy na działkę, bo ja o to zabiegam - coś, co się przez wiele lat nie przydarzało. A tu proszę - jedziemy. Za ogrodzeniem działki las - tylko iść i tkać myśli po drzewach jak pajęczyny. A ja zwykle wstaję rano, staję na progu i ... "wystarczy, że jesteś gdzieś obok". Rzadko chodzę do lasu. Jesienią zwykle, samotnie na ...

pierwsza wiosna od dwóch lat

Dobrze, więc powiem, jak wiosna włazi mi przez balkon. Na dole obfitość bzów, białe, fioletowe. Tylko dla porządku wspominają mi ogród moich dziadków, tajemniczy, zaczarowany prawdziwie przez moje dzieciństwo. Tak naprawdę te osiedlowe bzy tylko gatunkiem podobne są do tych przekwitłych, ups już kilkadziesiąt lat temu. Oprócz tego  - wierzba. Ogromna, zielona, brudząca chodniki po swojemu. O wiele bardziej eleganckie, choć nudne o tej porze roku jarzębiny. I wieczna przedpołudniowa walka cienia ze słońcem. Jak tylko jestem w domu, obserwuję jak jasność wygrywa, jak po centymetrze z uparem podpełza do mojego balkonu, by wysuszyć mi ręczniki. Od poniedziałku siedzę w domu i każdego dnia zajmuję się innym aspektem mojego życia. Dziś nie leżę pod kocem (poniedziałek), nie sprzątam i nie gotuję (wtorek), nie szyję (środa). Dziś piszę. Otwieram kolejne pliki w komputerze, te, do których nie zapomniałam haseł. Sprawdzam, co myślałam kiedyś, czego nie dopisałam, jak kłamałam. Sprawdzam c...

sama nie wiem

Znudził mi się blog, jak widać zapewne od dawna. Nie wiem już, jakie znaleźć dla niego przeznaczenie. Ktoś poradził mi, abym nie pisała tak na blogu, bo ktoś to może przeczytać przecież i wykorzystać. Nie wiem, co prawda, no ale może i może. Zdjęć mało, raczej nie zamieszczam, oczywiście też uprzedzona, że lepiej tego nie robić. Nie robię. Więc po co mi to wszystko? Ani zdjęć, ani słów. Nie mogę się wypisać, ani nie skoncentrować myśli w poście jak wiśni w słoiku. To po co? O hobby. Jasne. Ale którym, no i w końcu też po co? Niby nie mam kompleksów z tego tytułu, ale nie ma po co takiej średnizny publikować. Rzesze bloggerek cudowniejsze swetry dziergają i super ciuchy szyją, gdzie mi tam się pchać z fotami, opisami... I coraz rzadziej patrzę na świat jak z sufitu. Tylko mnie dziwi, czemu jeszcze zostało kilka osób, które obserwują tego bloga. Przecież ja nic nie dodaję. Po blogach nieczęsto chodzę. Więc z czego to wynika? Niezręcznie mi prosić o usunięcie z listy obserwowanyc...

nowa zabawka - maszyna do szycia

Postanowiłam kupić sobie maszynę do szycia. To wcale nie była taka łatwa decyzja. Po pierwsze - wcale nie potrafię szyć. Moje doświadczenia w tym temacie kończą się na wykonaniu wielu własnych projektów dla lalek stylizownych na krecjach podpatrzonych w filmie "Północ - Południe". Miałam wtedy rosyjską maszynę dziecięcą z napędem ręczynym. A kapelusze szyłam ręcznie. Po drugie - nigdy nie miałam prawdziej maszyny do szycia i pojęcia nie mam, jaką mam teraz nabyć, aby spełniła moje niesprecyzowane oczekiwania. Póki co nie jestem zbyt ambitna. Myślę o zasłonach. Ale mąż widocznie zna mnie lepiej i jest pewien - tak mówi - że moja pasja się rozwinie. I dlatego mam wybrać maszynę do moich ambicji przyszłych. Ot i zagwostka. Szukam, czytam i tylko po kieszeniach się klepię, żeby wybrać rozsądnie. Póki co skłaniam się ku Kornelii II z Łucznika. Dobry typ?

konkret

Wydaje się, że takie dni niczemu nie służą. Nie widać sensu, nie znać celu. Po prostu budzisz się około południa i nic nie ma dla ciebie znaczenia - że brudno, już ciemno, nie ma w domu jedzenia i nawet powieść skończyła się w nocy nie po twojej myśli. Warto by wstać - myślisz , ale zaraz zaczynasz analizować - właściwie po co? Jak wstaniesz, jesteś pewien, narodzi się w tobie złość - że tak późno wstajesz, że nic nie zrobione, tyle czasu zmarnowane... I zaraz potem zwątpienie. Teraz - to już nie ma co brać się za cokolwiek. Nie warto myśleć o śniadaniu, bo czas obiadu. Nie warto się zastanawiać nad spacerem, bo już ciemno i wiadomo, że nawet twój pies chce na dwór tylko na kilka minut - tyle, ile to konieczne. Jedyne, co robisz, to pstrykasz na pilocie, aby świat przyszedł do ciebie. On to dopiero jest zajmujący - ponad setka tematów, które chce ci podać do łóżka. Oglądasz i zaczynasz utwierdzać się w przekonaniu, że dobrze, że znowu pozwoliłeś sobie na brak działania. Bo i tak b...

ciasny czerwony kalendarz

Jestem zadrutowana tej jesiennej zimy. Lima dropsa na maksa, bo wyprzedaże takie, że żal było nie kupić. Uczę się swetrów norweskich i wełnianych skarpet, i mam z tego trochę frajdy. Oprócz tego czas rozliczeń, podsumowań, uzupełniania datami nowego kalendarza. Tym razem będzie czerwony. Może to kwestia koloru właśnie. Patrząc od tej strony - rok 2011 był szary. Więc może teraz będzie troszkę radośniej. Jeszcze tylko nie wiem, jak na wszystkie chęci wygospodarować sobie więcej czasu. Nie lubię tak w pośpiechu żyć, ale jakoś inaczej się nie daje. Podświadomie wyczuwam, że tym razem kalendarz nie ma tutaj nic do rzeczy. Nawet gdybym zamieniła ten maleńki na większy, czasu mi raczej nie przybędzie. Co najwyżej może trochę ciężaru w torebce.

karteczka z wyblakłym cytatem

Robiłam porządki w pracy. Wywaliłam szuflady do góry dnem, utknęłam w historii swoich zmagań ze służbowymi tematami. I nie tak jak zwykle, tym razem postanowiłam wyrzucić wszystko, co nie jest z kategorii "bieżące" lub "niezbędne". To dla mnie nowe doświadczenie, ale chyba dojrzałam do niego, skoro stało się moim celem. W każdym razie wśród ton zbędnych papierzysk w ręce wpadła mi żółta karteczka z wyblakłym już ołówkowym cytatem. Zatrzymałam się nad nim na dłużej i jak relikwię minionych zdarzeń przekleiłam w obecny prywatny kalendarz. Bo cytat znowu, jak wiele lat wcześniej, wydał mi się adekwatny do wszystkich moich szarych tegorocznych samopoczuć. To z Tolkiena: "To wielkie błogosławieństwo mieć natarczywych i zdeterminowanych przyjaciół, którzy nie pozwalają człowiekowi popaść w trwałe milczenie". Dedykuję go wszystkim moim znajomym, którzy pytali, nie odpuszczali i których oczy mówiły mi "kłamiesz", gdy zapewniałam, że u mnie wszystko w p...

kompoty myśli i jesienny ferment

Nie było czego zamykać w wekach w tym roku. Wyszłyby z tego same kwaśnice, pleśnie i spieniacze. Nie robię zapasów na tę zimę. Potraktuję ją odświeżająco. Po łagodnym sierpniu i wrześniu, które wróciły mi oddech, czekam na te zapowiadane październikowe deszcze. Niech poświęcą mi jesienne dni i przeznaczą je na codzienne rutyny. Tyle myślałam kiedyś o tym, że warto coś zrobić ze swoim życiem, przewartościować je trochę, wymyślić pozytywne zmiany. Myślałam i myślałam - na co to komu? Tyle straconej energii. A tymczasem zmiany nadeszły same, nieprzemyślane, trudne, pozornie złe. Oswajają mnie. Przyzwyczajają do swoich niezaplanowanych zaistnień. Wpisałam je do kalendarza i pielęgnuję. Rozebrano już uliczne ogródki niektórych warszawskich restauracji. Między kamienicami wieje wiatr, znowu rozsiewa kolejne ulotki. Nadal portier bez uśmiechu odpowiada na moje dzień dobry, ale tym razem każdy mój dzień jest dobry. I w pracy i poza nią.

dziękuję

Ktoś mnie dzisiaj wzmocnił. Nie potrafię napisać tego inaczej, mniej wzniośle. Naprawdę, było jakoś inaczej. Znowu byłam o krok i czułam, że to już za chwilę będę musiała się poddać, aż tu nagle siła taka. Jakby ktoś mnie wziął za rękę, a do głowy sączył bezpośrednio w chore struktury myśli balsam spokoju. Jesteś ponad to. Nie bój się. Nie myśl o tym. Jestem tutaj. Oddychaj. Uspokoiłam się bez wychodzenia z zebrania. Nikt się nie zorientował. Nawet brałam udział w dyskusji, dorzuciłam swoje marne trzy grosze do niewiele znaczących służbowych dysput. Nie prosiłam o przerwę ani o otwarcie okien. Oddechem mi był ten spokój, ta obecność. Jesteś ponad to. Nie bój się. Nie myśl o tym. Jestem tutaj. Oddychaj. Byłam jak ja sprzed dwóch lat. Skupiona na zadaniu i nie tak cyniczna jak ostatnio. W moich żartach nie było tego zadziornego na przekór, tego szpilastego komentarza osoby naznaczonej tzw. życiową wiedzą. Zapomniałam, że nie mam przekonania do celowości naszych starań w t...

pada

Niebo wkropliło mi się rankiem pomiędzy odkrytymi w sandałach palcami. Parasol nie zawsze jest skuteczny i właśnie znowu nie był. Czasem nie uda mi się przed czymś ochronić. Nie powinnam myśleć o tym za często, bo wtedy sufit wali mi się na łeb bez ostrzegawczych kropel.

Czas w centymetrach

Jeszcze kilka centymetrów i słońce wpełznie na krzywą posadzkę mojego balkonu. Kilka centymetrów dalej i leniwy owczarek ułoży na nim swoje liniejące właśnie futro, przylgnie bokiem do nierówności nawierzchni, przymknie oczy w sennej błogości wygrzewania psiego ciała w promieniach słońca. Po kilku dalszych centymetrach słoneczny zabór balkonu okaże się zapewne na tyle skuteczny, że koniecznym stanie się jednak zmiana “zewnątrz” na “wewnątrz” i wśród wzdechnięć na niedolę przepędzanego z kąta w kąt domowego zwierzaka, pies zmieni miejsce pobytu na tradycyjny dywan u podnóża sofy. Dopóki promienie złocą mi parapet i nieśmiało oplatają firanki, zachwyca mnie bliskość podniebnego ciepła. Z każdym cetymetrem jednak dusznieje powietrze nad sofą, palą rozgrzane stopy na poduszce i każdy niedomyty ślad minionych deszczów zniekształca mi światłość otoczką kurzu. Nie do wytrzymania, gdy słońce przepala szyby, przenika mizerne sznurki firanek i twarz mi czerwieni, oczy zamyka. Tr...