Chciałabym tego uniknąć. Jak co roku. Ale jednak zawsze marznę przy świetle zniczy otulonych pióropuszami przepysznych chryzantem, próbując na zapałkach się koncentrować bardziej niż na powracających emocjach historii tkliwych. Jasne, że pamiętam ten uśmiech, oczu zmrużenie, ciepło dotyku, przytulenie, nasze rozmowy, śmiechy i to, jak pocieszenia suszyły mi oczy. Nie zapomnę niektórych rozmów i wybranych klimatów, wszystkiego co pierwsze i co było ostatnie, tkaniny sukienki i motywu na ścianie kuchni, którą pogrzebano na cmentarzysku budowli miejskich. Nienawidzę tego. Tej wiedzy, co stało się "po" i że jestem uczestnikiem jakiegoś "potem". Po co mi ta wiedza, skoro nie mogę się nią pochwalić przed najbardziej zainteresowanymi? Przez większość mojej teraźniejszości wszyscy oni tkwią sobie w swoich "teraz" i można bezpiecznie udawać, że nie było wcale tej daty, od której liczy się "po". I znowu wiatr będzie mi oczy łzawił, a chłód nos czerwienił....
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)