Fiołki mam od dawna. Pierwsze dostałam od kolegi na urodziny. Eleganckie, granatowe pączki i rozwinięte już kwiaty z zabawnym złocistym środkiem, soczysta zieleń prosto z kwiaciarni. Skończyłam wtedy kilkanaście lat, pewnie około 12. Wszyscy wiedzieli, że kocham książki. Dostałam jeszcze wtedy maskotki, artykuły papiernicze, wszystko, co udało się załatwić. Takie czasy. To były pierwsze kwiaty, jakie dostałam w życiu, pierwsze z kwiaciarni, a nie w formie szczepki od sąsiadki, pierwsze od chłopaka. Pamiętam, że zatrzymały mnie w przedpokoju, w półkroku między zabawą a pasją. Oniemiałam. Byłam zachwycona. Kolega pewnie dziś już tego nie pamięta, chociaż chyba zapytam przy okazji, z ciekawości. Różne rzeczy między nami mogły się wydarzyć, o mały włos, a jednak się nie stały. Czasem nas bierze na wspominki, jakimś podłym wieczorem, podszytym smutkiem lub melancholią, gdy w rytm starych przebojów wystukujemy każde na swojej klawiaturze znaczenie własnych nastoletnich wyborów. Tamtego fiołk...
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)