Moja choroba, kwiatoza zakaźna, wkroczyła w fazę ostrą. Jakiś czas temu zapisałam się do grupy na fejsie, która stwarza miłośnikom fiołków afrykańskich i skrętników miejsce do wymiany swoich spostrzeżeń. Wtedy zupełnie nie znałam skrętników, byłam z tej części fiołkowej. Niestety, nie wytrzymałam długo. Napatrzyłam się, naczytałam i postanowiłam spróbować. Kupiłam maleńkie (listek około 3 cm) sadzonki siewek skrętników od hodowcy z grupy. Miało być ich dziesięć, ale dostałam znacznie więcej. Sporo sobie zostawiłam, ale też rozdałam chętnym koleżankom i mamie. Teraz sieszymy się każdym kwitnieniem. Zawsze to niespodzianka, bo trudno przewidzieć kolor siewek. Zobaczcie jaka radość na moim parapecie! A już kilka następnych szykuje swoje pączki... Nie mogę się doczekać. Marzę o jakimś czerwonym, ale póki co róże i fiolety. A to dwa najładniejsze skrętniki mojej mamy:
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)