Bywam na cmentarzu co tydzień. Mieszkam niedaleko - to pewnie wiele wyjaśnia. Zasadniczo nie przepadam za tym miejscem, mam wiele szacunku do niego. Przeszkadzają mi zwykle ludzie - ci żywi. Początek listopada to dla mnie trudny czas. Moje chodniki osiedlowe będą zaśmiecone przez plastikowe torby po zniczach. Pod kasztanami handlarze rozstawią chryzantemy w doniczkach. Będę miała problem z przejściem, kłopoty z dojazdem do parkingu. Będę się czuła jak w markecie z alejką sezonową. Wiem, to wszystko trzeba. Bo przecież można i tak. Każdy inaczej maskuje żal, odmiennie wyraża smutek i generalnie po swojemu radzi sobie z samotnością lub chociaż wyrzutami sumienia. Nie każdy ma potrzebę zadumy. Poniżej wersja jesiennego cmentarza z połowy października. Taki lubię najbardziej. Niby zapomniany. Cmentarz do przemyśleń i wspominań, do smęceń, do modlitwy.
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)