Coś mi się porobiło. W dodatku - zupełnie nie wiem od czego. Całe moje dotychczasowe życie unikałam aktywności fizycznej jak tylko mogłam. W szkole ten przedmiot zaniżał mi średnią i nawet podczas studiów w całej ofercie zajęć ruchowych zaliczających przedmiot nie znalazłam nic dla siebie. Fakt, że może nie dość aktywnie szukałam. Potem sporo jeździłam na rowerze, ale bardzo hobbystycznie. Niby po 20-25 km dziennie i prawie codziennie, ale tylko od połowy czerwca do końca lipca. Zapał w temacie jednak co roku słabnie. W 2012 r. w tym sezonie byłam na rowerze … dwa razy. Wstyd mi, bo bardzo lubię rower. Ostatnia moja przygoda sportowa przydarzyła się w drugiej połowie 2011 r., kiedy to regularnie dwa razy w tygodniu chodziłam na pilates. W lipcu zaczęłam, w grudniu przestałam i tyle było. Ale pomogło wtedy bardzo, a nawet miłość do tej gimnastyki została. Rok 2012 zdominowały inne sprawy i zapowiadało się, że nadal będę sobie pielęgnowała ten antysportowy tryb życia. Od począ...
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)