Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z marzec, 2013

chce mi się!

Coś mi się porobiło. W dodatku - zupełnie nie wiem od czego. Całe moje dotychczasowe życie unikałam aktywności fizycznej jak tylko mogłam. W szkole ten przedmiot zaniżał mi średnią i nawet podczas studiów w całej ofercie zajęć ruchowych zaliczających przedmiot nie znalazłam nic dla siebie. Fakt, że może nie dość aktywnie szukałam. Potem sporo jeździłam na rowerze, ale bardzo hobbystycznie. Niby po 20-25 km dziennie i prawie codziennie, ale tylko od połowy czerwca do końca lipca. Zapał w temacie jednak co roku słabnie. W 2012 r. w tym sezonie byłam na rowerze … dwa razy. Wstyd mi, bo bardzo lubię rower. Ostatnia moja przygoda sportowa przydarzyła się w drugiej połowie 2011 r., kiedy to regularnie dwa razy w tygodniu chodziłam na pilates. W lipcu zaczęłam, w grudniu przestałam i tyle było. Ale pomogło wtedy bardzo, a nawet miłość do tej gimnastyki została. Rok 2012 zdominowały inne sprawy i zapowiadało się, że nadal będę sobie pielęgnowała ten antysportowy tryb życia. Od począ...

Nie gub się

Środa, 8:30, schody z peronu Metro Świętokrzyska na górę, przed bramką jeszcze. Idę, nie spieszę się. Pozornie nikt się nie spieszy, a jednak jakoś tak w miarę energicznie ludzie zmierzają do bramki. Kilka dostępnych na prawo – tam pójdą w większości ci ze schodów ruchomych. Jedna bramka do wyjścia na lewo. To tam zmierzamy ze schodów, my gardzący tłokiem na schodach ruchomych, my energiczni, my zarażeni ideą fitnessu z rana, niechcący być podejrzani o gnuśność, my spóźnieni. Idę. Wygrzebuję wełniane rękawiczki z kieszeni, zakładam, przekładam reklamówkę z jedzeniem z ręki prawej do lewej, potem z lewej do prawej. Spinam kurtkę, poprawiam czapkę, w torbie namierzam kartę do pracy, lokalizuję ostatnią paczkę chusteczek higienicznych. Przede mną chłopak, dobra - młody mężczyzna. Na oko też spieszy się do biura, jednak chyba fajny taki, nie sztywniak. Jest odrobina luzu w jego stroju, niespieszna dynamika w chodzie, torba na lewym ramieniu, paczka skórzanych rękawiczek w prawej dłoni, ...

prywatna mgła

Od dwóch dni mamy w domu nową zabawkę – elektroniczny ultradźwiękowy nawilżacz powietrza. Stoi w pokoju dziecinnym, płynnie zmienia kolor, wyświetla stopień wilgotności w pomieszczeniu i wytwarza mgiełkę – ciepłą lub zimną – wedle preferencji. Nie jest szczególnie piękny ani też zupełnie elektronicznie beznadziejny. Po prostu jest. Generalnie nie przeszkadza mi, zajął moją uwagę na jakieś 5 minut, kiedy to był podłączany i musiałam zadecydować, gdzie będzie stał. Lubię go, ale to dlatego, że ma być dobry dla moich dzieci. Nie wiem, czy jest – póki co działa na zasadzie udzielonego przeze mnie kredytu zaufania. Dostał filtr, a także wodę destylowaną i generalnie oczekuję od niego tylko tego, żeby niczego więcej on nie oczekiwał ode mnie. Mój mąż – przeciwnie. Dogląda go starannie. Czyta komunikaty. Sprawdza poziom wody, stan filtra, przestawia mu wartości na wyświetlaczu informując go tym samym, jakiego stopnia wilgotności oczekuje. Nawilżacz chyba się go słucha, bo mąż wraca z małeg...

złudzenia do stracenia

Życie nie jest zbyt skomplikowane. To tylko ja muszę się jakoś z nim poukładać, przemyśleć sobie albo i nie myśleć. Nie wiem już. Większość detali codzienności nie powinny stanowić dla mnie problemu, a jednak czasem ich wielość mnie przeraża. Kolejna sprawa do załatwienia, następny aspekt do zorganizowania i następny, i jeszcze jeden. A tu jakaś mała draka, kaszel czy odwołany basen i nagle wali się cały misterny plan, upada koncepcja i co dalej? Znowu trzeba układać, a choćby się nie chciało myśleć o tym, to i tak trzeba jakoś wpisać w kalendarz, zamknąć w słowach przyporządkowanych choćby ogólnie do godzin. Rano zbyt zaganiana, w pracy zbyt zamieszana zajęciami i jednak za bardzo widoczna, by kreślić na kartkach zapytania lub klecić odpowiedzi, popołudniami zbyt zajęta, a wieczorem zmęczona, by przemyśleć siebie. Co mogłabym zrobić, aby poczuć się lepiej? Jak zrealizować pewne życzenie, wypowiedziane przez jakiegoś życzliwego w przeszłości „złap życie za bary i duś jak cytrynk...

szybciej

Biec, biec, biec! Nie trzeba aż tak. Można trochę odpuścić. Nawet jak się za bardzo zwolnić nie da, wystarczy ponoć bardziej świadomie rozglądać się na boki i zadawać sobie wciąż jedno pytanie - jak się czuję w tym Teraz. Rozwiązaniem byłaby zatem większa uwaga, większe zaangażowanie. Nie zawsze się udaje. Nie pamiętam szczegółów chwilowych Teraz. Jaką miałam koszulę w pracy w piątek?  Z kim piłam kawę do drugiego śniadania? O czym myślałam podczas rutynowych działań biurowych? Czy siedziałam w tramwaju? Dwa dni minęły, a już nie pamiętam tych szczegółów bez znaczenia. A może powinnam? Nawet weekend nie był niespieszny. Bieg po relaks. Oczywiście przyjemniejszy niż w tygodniu, ale jednak bieg. Mimo to udało mi się więcej zauważać. Może dlatego, że towarzyszyli mi moi bliscy i to na nich się koncentrowałam. Niewiele pamiętam z siebie, kilka detali zaledwie. Ale pamiętam z weekendu zachwycone buźki dzieci, ogniki zadowolenia w oczach dorosłych, drobne gesty wnoszące pewność, że ...

W pułapce

To nic nowego. Chciałabym opisać swoje sprawy, uczucia, wydarzenia, ale świadomość, że nie są jakieś szczególnie zajmujące dla każdego oprócz mnie powoduje, że przede wszystkim czuję bezsens tego pragnienia. Siadam i poraża mnie konieczność podjęcia decyzji, czy stukać klawiszami, czy porcjować atrament w bezduszne kratki. Na marginesie – sądziłam, że to one są winne, blokują mi myśli, wyznaczają tory i akcentują koślawość liter. Dlatego, gdy tylko skończył mi się kratkowany zeszyt zwany notatnikiem, nabyłam taki gładki, czysty, bez marginesów – po prostu przestrzeń bez blokad gotowa do przyjęcia osobistych wynurzeń. Niespodzianka? Nie, nie było. Tak samo nie idzie. W punktach – proszę bardzo, ale tak jakoś bardziej opisowo - nie wychodzi. Bo, jestem przekonana, nie chodzi o to jak, ale o to - co. A tutaj kolejny problem. Chciałoby się być oryginalnym, nowatorskim, niepowtarzalnym, a tymczasem jest tak, jak w tym cytacie z Fromma: „Wolność słowa stanowi co prawda ważkie zwycięstwo...

trzecia kawa o trzeciej

15:00. Czas na trzecią kawę. Bez niej trudniej jest przetrwać codzienny kryzys godziny trzeciej. Zwykle wszystko mam pokończone. Mogłabym zaczynać zatem, ale woli brak. Palce zaczynają dotykać literek netu, takie równomierne staccato na www. Od pasmanterii do podróży. Choćbym z rana bardziej realistką była, po trzeciej zaczynam marzyć o kolejnej włóczce, materiale na sukienkę, chociaż nie chodzę w sukienkach, a swetry do pracy w zasadzie są niedozwolone. Szukam wycieczek, zajęć sportowych, ciekawych miejsc, o których wiem, że czasu nie mam, by tam podjechać. Organizuję zajęcia dodatkowe dzieciom, chociaż szans nie ma na ich realizację, a w zasadzie nawet potrzeby. I obiecuję sobie, co to ja nie zrobię, jak tylko do domu przyjdę! Jak to się wspaniale zorganizuję, że nawet zostanie mi godzinka dla siebie, gdzieś przy kuchennym blacie, aby zanotować sobie kilka spostrzeżeń. Lecz z każdym łykiem kawy pewność wieczornego sukcesu maleje. Zupełnie tak, jakby ta trzecia filiżanka o trzeciej...

interpretacja poranka

Zdarzenia po prostu się zdarzają. Wstałam za późno, za mało przygotowałam poranek wczoraj, więc dzisiaj nie zaczęło się niespiesznie. Pijąc kawę w kuchni w rytm telewizyjnych wiadomości robiłam kanapki, ubierałam się, budziłam dzieci i męża, wklepywałam krem na powieki i pod oczy, cerowałam rajstopy, prasowałam kołnierzyki, informując jednocześnie do kogo o której w jakiej sprawie zadzwonię w ciągu dnia (robię za kalendarz, działam jak przypomnienie) oraz co mamy zaplanowane na popołudnie. „Zaplanowane” należy rozumieć jako umówiona wizyta lekarska lub rehabilitacyjna z jednym z dzieci. Dzielnie zniosłam trzecie „już wstaję” męża, trzaśnięcie drzwiami wzburzonej czymś nastolatki w fazie początkowej oraz nerwy kilkulatka z powodu tego, że nastolatka zakładając rajstopy przysiadła nieznacznie na jej łóżku. Zwiały mi trzy autobusy, bo nie przebiegłam na czerwonym przez ulicę. Za to może w ramach rekompensaty siedziałam i w autobusie i w tramwaju, bo akurat podjechał mi taki bezpośredn...

naprawianie

Czasami wydaje mi się, że nie mam nic do powiedzenia. Jestem taka sama jak większość motających się dojrzałych dziewczynek, uwikłanych w życie na poziomie 30-40. Mam typowe problemy, kupuję co rano drożdżówki z takim samym poczuciem winy jakie mają moje równolatki, moje zmarszczki na twarzy nie znikają zależnie od grymasu i zawsze na wiosnę podejmuję nowe wyzwania w stylu – naprawię swoje życie. Co to znaczy naprawię? Żeby coś naprawić, to coś musi być najpierw popsute. Zaczynam zatem od redefiniowania pojęć. Prawda jest taka, że nie ma czego naprawiać. Zawsze jest na co narzekać, ale w sumie bardziej musiałabym dziękować. Mam jednak wrażenie, że najbardziej obciążają mnie – nazwijmy to – koszty uzyskania przychodu. Jestem wdzięczna za wszystko co mam. Nie zamieniłabym na nic innego, przynajmniej tak mi się wydaje. Ale… i posiadanie kosztuje, nie finansowo, chociaż też oczywiście, ale bardziej chodzi mi o koszty duchowe, psychiczne, tego typu. Coś, co niektórzy określają mianem „...