Jak sobie wspominam, grudnie przeważnie nie były ponure. Raczej ogarniały mnie adwentowe oczekiwania, zmieniał mi się gust na piernikowy i wszystkie dodatki codzienności miały tendencję do objawiania w sobie czerwieni. Zawsze też marzyłam o skandynawskich swetrach, grubych wełnianych skarpetach, pokaźnych tomiszczach myśli upchanych w słowa, więc długie wieczory nie męczyły, przeciwnie - dodawały otuchy. Niestety zawsze grudnie kończyły się marnie. Nigdy nie miałam takich świąt, o jakich marzyłam i marzę. Chociaż te w dzieciństwie były zdecydowanie najbliżej, by wypełnić moje dziecięce chcenia. Jednak odkąd jestem dorosła święta to koszmar. Zatem jak co roku nie czekam na święta. Wiem jak będzie - fatalnie. Nawet gdy mam chwilowy przebłysk nadziei, gdy podejmuję działania na miarę moich marzeń, rzeczywistość dowala mi z którejś strony. No cóż, bywa. Nawet mi już nie zawsze jest smutno. Nie pokażę tutaj choinki, skarpet na kominku, pierników na złotym obrusie. To będą tylko dekorac...
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)