Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2013

"Deszczowa noc" Jodi Picoult

„Deszczowa noc” to powieść o miłości, ale szczególnej, takiej do granic pojmowania. Jak u Picoult, historie bohaterów przenikają się ze sobą i chociaż nie mamy tutaj „rozdziałowego” przemieszania narracji, wątek powieściowy nie jest snuty jednotorowo. O tym, że Jamie kochał żonę i ją „zabił z miłości” dowiadujemy się już na początku. Z pozoru wydaje się, że wątek tego zabójstwa/morderstwa/aktu miłosierdzia (u Picoult nic nie jest jednoznaczne) będzie głównym wątkiem powieści. A tymczasem stanowi co prawda pierwszy plan historii, ale najważniejszym tematem powieści nie jest. Jak rozkłada się uczucie w związku? Zawsze stanowi 100% i rzadko rozkłada się równomiernie pomiędzy partnerów. Czasem mąż kocha bardziej, czasem żona, niekiedy te proporcje ulegają zmianie na skutek wydarzeń, jakie rozgrywają się w związku lub poza nim, wywierając jednak wpływ na tak zwane pożycie. Moim zdaniem, a w każdym razie tak właśnie czytałam „Deszczową noc”, główne pytanie powieści brzmi: Co to znaczy k...

Lodowisko

Kilka dni temu jeździłam na łyżwach - cudowna sprawa! Polecam. Ostatnio - rok temu, a przedostatnio - ach! kilkadziesiąt (jak to brzmi!, no ale jednak dwadzieścia kilka) lat temu. W tym roku było mniej traumatycznie. Nie trzymałam się kurczowo band przez pierwsze pół godziny. Dałam sobie pozwolenie na zachwiania, upadki, głupie miny i śpiewne "aaa" przy hamowaniu - zamiast alarmu. W tym roku podeszłam do tego po prostu. Założyłam łyżwy sobie, dzieciom  i śmig! Jedno dziecię jeździ bardzo dobrze, dla drugiego - to był pierwszy raz. Dlatego poprosiłam o pingwinka. W końcu on częściej przebywa na lodzie niż ja. A teraz myślę o tym po swojemu - spoglądając na lodowisko z sufitu. Naprawdę niezła alegoria, bogata symbolika. Nieruchome podłoże, lód, no ale nie ucieka przecież. Nieruchoma ja - w takim sensie, że nic z zewnątrz nie wprowadza we mnie zmian. Oczywiście to ostatnie dotyczy tylko uproszczonej rzeczywistości tafli lodu i tylko pod warunkiem, że nikt akurat na mnie nie w...

Pod sufitem - wiatr

Nie przepadam za wiatrem, nie lubię go, nie cierpię po prostu, żeby nie powiedzieć, że wręcz go nienawidzę. Ale po pierwsze - staram się nie poddawać temu uczuciu. 'Każdy Twój wyrok przyjmę twardy. Przed mocą Twoją się ukorzę. Ale chroń mnie Panie od pogardy. Od nienawiści strzeż mnie Boże.' A po drugie - podobno najpierw trzeba coś kochać, aby to następnie nienawidzić. Ja i wiatr nigdy nie byliśmy w jednej drużynie. 'Czekolada' Joanne Harris, jedna z moich ulubionych powieści, zaczyna się i kończy wiatrem. Rzekomo to on wprowadza zmiany. Żeby uporządkować szafę, najpierw trzeba zrobić bałagan, żeby wprowadzić ład - uprzednio musi być zamieszanie. Rozumiem to i zawsze sobie przypominam, gdy coś dogina mnie do ziemi i próbuje złamać. Każda zmiana to ryzyko, prawda...

Dialogi poranne

Byłam w innym świecie, bardziej mglistym i nieokreślonym. Nie było ani lepiej, ani gorzej. Jakaś część mojej świadomości cieszyła się ciepłem przytulenia, miękkością poduszki, ciszą i zaciemnieniem nieba. Było błogo, jak to bywa niekiedy we śnie, zwłaszcza tym porannym. Trzy budziki po kolei wywoływały mnie w świat, trzy okrutne kombinacje dźwięków, których nie daje się na dłuższą metę ignorować. Wstawałam, przełączałam na drzemkę, wtulałam się w ulatujące z pościeli ciepło - i tak od nowa, i ciągle, aż było już tak późno, że powoli nerwowo. Zerwałam się więc ostatecznie. - Tylko mi nie mów, że to JUŻ. - Dobrze. To JESZCZE. - Kłamczucha!

zapomniałam

Znowu witam dzień rutynowo, jak zawsze. Szybko, szybko, mała kawa z cukrem, z mlekiem, z radiem i zza zziębniętej szyby na parking. Sąsiad skrobie szyby swojego samochodu, nie wiadomo po co, bo i tak znając życie – nigdzie nie pojedzie. Może skrobie dla zasady albo że zawsze tak było? Samo się nie oskrobie, a nawet jak się rozpuści to przecież nie to samo – rozpuszczone, a nie zeskrobane. A to może właśnie ma być zeskrobane, żeby było dobrze? Słońca w szybach wieżowców brak – cóż za odmiana. Zimny blat, na blacie papier śniadaniowy, śmieszne koktajlowe kulki pomidorów. Sklejam kromki beżem masła. Czym posklejać swój dzień? Buzi, buzi i jeszcze buzi, trzask drzwi i kilka schodów, dzień dobry na podwórku i poszukiwanie lewej dłoni przez prawą w rękawach kurtki - taka mufka na miarę naszych czasów, poliestrowa, doraźna, wystarczająca. Dokonuję gimnastycznych cudów, aby nie ulec presji koncentracji na zachowaniu równowagi w tramwaju. Zamiast tego próbuję przyjąć za pewnik, że się nie...

Przymiarki

Lubię przymierzać się do innych, nieznanych mi żyć. Zwiedzam jakieś miejsce, na przykład idę sobie nieznaną ulicą i zastanawiam się, czy mogłabym tu mieszkać, pracować, bywać. Jak by to było urodzić się tutaj, od zawsze przebywać - czy mogłabym czuć się tutaj szczęśliwa? Oglądam i snuję w sobie rozważania, przymierzam się na próbę, która i tak nie ma szansy na realizację. Ale przecież pomyśleć warto, prawda? A gdy czymś się zainteresuję, gdy już postanowię pobyć sobie na przykład przez kilka lekcji adeptem jakiegoś zajęcia, staram się wpasować konwencję, obserwować i działać zgodnie z przyjętymi regułami. Jak już grać w squasha to w squasha, a nie po prostu byle jak odbijać piłeczkę o ścianę w tenisówkach i dżinsach. I nie dyskutuję z trenerem o zasadach gry - staram się je poznać, a nie krytykować od pierwszego treningu. Uważam, że to przejaw szacunku. W każdym razie to właśnie czuję przymierzając się do czegoś dla mnie nowego. Daję sobie czas na zrozumienie. Jeśli nie zrozumiem, ni...

"Pół życia" Jodi Picoult

Zrobiłam to celowo – zaraz po „Głosie serca” z 1992 r. przeczytałam właśnie „Pół życia” z 2012 r. Najpierw debiut i zaraz potem - jedna z najnowszych książek. Lubię tak robić, gdy poznaję twórczość dopiero odkrytego autora. Chcę wiedzieć, skąd startujemy i dokąd póki co doszliśmy, a twórcze dojrzewanie, czyli cały „bolesny” środek, etapy kształtowania się głosu autora, jego stylu i wybór przez niego tematów, zostawiam sobie na deser. Nie ma po co zmieniać schematu, który działa. W zasadzie „schemat” to złe słowo, chodzi bardziej o metodę prezentacji, sposób na wciągnięcie czytelnika w wir opowiadanej historii. W powieściach Jodi rzeka fabuły nie płynie jednym korytem. Mamy możliwość zwiedzać wszelkie meandry historii, mamy okazję oglądać tę literacką rzekę z pozycji głównych bohaterów, z każdej strony po kolei. Nie ma wszechwiedzącego narratora, który określa, co jest prawdą w świecie przedstawionym. Głos zabierają bezpośrednio bohaterowie, dlatego pytanie o prawdę nigdy nie pada. Bo...

Marzenia na weekend

Wyjeżdżam na weekend - takie mam plany. Niedaleko, zaledwie dwieście parę kilometrów, nie na długo - tylko jedną noc. Na trochę. Będziemy mieli na wyłączność pilota do telewizora, a wieczorem nie będę przygotowywała kolacji. Gdybyśmy mieli taki kaprys - możemy zaspać na śniadanie, którego - to ważne! - nie będę ja przygotowywała. W planach mam też sobotnie zwiedzanie po trasie, basen i saunę w  hotelu, kieliszek wina po kolacji. Wszystko, by poczuć się wyjątkowo, poprzebaczać sobie za dalekie dyskusje, zbyt kolczaste słowa, oczy nagle odkochane, ogarnięte szałem wytykania wzajemnych błędów, wielokrotne odwracanie się do ściany, wzruszanie ramionami. Może nasze stopy spotkają się w jacuzzi i mały palec wybaczy drugiemu swoją dużą ignorancję i wszyst...

"Przyjaciółka z młodości" Alice Munro

Przyznam, że mam problem z tą pozycją, taki rodem z Gombrowicza. Bo jak ma zachwycać, jak ... no właśnie – nie bardzo zachwyca, choć czuję, że powinno. "Przyjaciółka z młodości" to zbiór dziesięciu opowiadań, całkiem zgrabnie napisanych, miejscami wciągających, z wyrazistymi bohaterami, nietuzinkowymi emocjami, ściśle osadzonych w określonych realiach, rzeczywistych i prawdopodobnych. Czytając ma się jednak wrażenie, że są one wspomnieniami o osobach niegdyś znanych bardziej. Cały czas miałam takie odczucie, jakbym trzymała w dłoniach pudełko zdjęte właśnie z szafy, przewiązane zakurzoną wstążką, tylko symbolicznie broniące dostępu do dziesięciu fotografii. Podobne opowiadania snują się same podczas oglądania zdjęć z młodości, gdzie wspomnienie przeszłości miesza się z wiedzą o tym, co się stało z bohaterami później. Gdy się dostatecznie długo przytrzyma zdjęcie w dłoni, oprócz ogarniającej nas zadumy, dostrzeżemy wyraźnie uchwycone w kadrze detale. Zatem obejrzałam te ...

naszyjnik powagi

Siedzę w pracy za monitorami, nad bardzo ważnymi dokumentami, niby skupiona, znudzona lekko, trochę głodna i jakby trochę myślami już w domu w kuchni, z wypakowanymi zakupami, nad garnkami. Ale póki co czytam i zmuszam się do pracy. W pokoju półmrok, bo za oknem ciemnawo. Na każdym biurku lampka, stukają klawiatury, rolują się wałeczki myszek po elektronicznych dokumentach, ołówki komentują nieśmiało co trudniejsze akapity na papierach. Wszyscy jesteśmy tacy poważni, skupieni. Jeśli rozmawiamy to zwykle na temat, jeśli coś roztrząsamy to tylko merytorycznie. Mało jest czasu na cokolwiek innego, choć czasem się zdarza. Lecz teraz siedzimy i niemal widać jak nam mózgi parują i dym idzie z komputerów. Każdy ma ważną sprawę do rozstrzygnięcia, opiniowania, napisania. Koleżanka zaczyna coś mówić, tak mimochodem i całkiem nie a'propos, że przerywa nagle nie czekając na koniec zdania, w zasadzie – w połowie wyrazu. I tak to śmiesznie wychodzi, absurdalnie, irracjonalnie, lecz tak ludzko...

"Druga miłość" Anita Shreve

Wyobrażam sobie, że można na tę powieść popatrzeć jak na leniwie opowiedzianą nudną historię pewnego ślubu, który odbywa się w pensjonacie w obecności kolegów i koleżanek sprzed lat. On, Pan Młody, zostawił żonę, ona, Panna Młoda, ma raka i może ze dwa lata życia przed sobą. Blisko 30 lat temu omal nie ślubowali sobie miłości. Wtedy nie wyszło. Potem każde miało swoje życie, które doprowadziło ich do szkolnego zjazdu. Wróciły wspomnienia, pojawił się żal o stracone lata, a także – brawura, naiwność, odwaga? - by zmienić decyzję sprzed lat i niebycie razem zamienić na bycie. Nieprzypadkowo napisałam "naiwność". Jeden z bohaterów wypowiedział następujące zdanie: "Nigdy nie poznamy tego, co się nam nie zdarzyło". Zatem nowe razem nie jest wcale powrotem do tamtego czasu, niczego nie naprawi, nie wykreśli przecież zdarzeń pomiędzy spotkaniami.Pewnie też nie mogłoby się zdarzyć z miliona powodów, gdyby coś kiedyś przypadkiem o mały włos... Ktoś, kogo nigdy nie zaskoc...

"Głos serca" Jodi Picoult

To pierwsza powieść tej autorki, po którą sięgnęłam i na pewno nie ostatnia. Ciekawa lektura, także pod względem literackim. Sama fabuła w zasadzie jest banalna. Mamy małżeństwo i ich piętnastoletnią córkę. Oliver jest bardzo znanym naukowcem, badającym wieloryby. Jane jest żyjącą w jego cieniu żoną, z tak zwaną mroczną przeszłością, naznaczoną rodzinną tajemnicą. Córka Rebeka jest dla niej całym światem. Wszystkie emocje między nimi rozrysowane są w najdrobniejszych szczegółach, poddane analizie, prześwietlone niemal. Nie jest zatem trudno przewidzieć, że oto Jane przełamuje istniejący rodzinny układ. To nie jest zwykła powieść drogi i historia dojrzewania kobiety, przy czym przy okazji warto podkreślić, że bynajmniej nie chodzi o zmiany zachodzące w Rebece, ale Jane. To także nie zwykły romans, nawet w dwóch wariantach, ani nie opowieść o różnych wariantach miłości. Wszystko po trochu. Narracja jest ciekawa, pierwszoosobowa, ale z pięciu perspektyw, bo wypowiadają się wszyscy ...

czarny sweter

Czarny sweter, golf, niedopasowany w talii, standardowy w ramionach i dodatkowo nieprzyjemnie sztuczny, bo w 100% z akrylu – już do mnie nie pasuje. Ten maszynowo wykonany kamuflaż, bezpieczny, bo niezauważalny mundurek już mnie nie wyraża, nie uosabia "mojej indywidualności i wiary w wolność jednostki". Sprawdziłam. Pół liceum przechodziłam w czymś takim i zawsze czułam się w nim niewidzialna, taka sama, jednakowa. Wtedy miałam taką potrzebę widocznie, bo wcześniej, pamiętam, często słyszałam, że jestem dziwna. Nie chciałam być wyjątkowa, chciałam swetrem realizować pierwotną potrzebę przynależności do stada. Połowicznie się udało, ale potem, jak to zwykle bywa – przeszło mi i zaczęłam się wyodrębniać, różnicować, kolorować swetry i nosić na szyi przyklejone do sznurka włoskie orzechy. A co! Czarny sweter jest moim prywatnym symbolem tamtego trudnego okresu, etapu, z którym jeszcze się przed sobą nie rozprawiłam. Ten licealny egzemplarz został zniszczony albo oddany,...

nie warto jesienią zdejmować skarpetek

Dopadło mnie tak zwane życie. Oczywiście nie zadzwoniło kulturalnie z informacją, że właśnie szykuje zmiany i będzie jakoś inaczej i warto by się na to przygotować. Po prostu - dup i stało się. Spadły liście z jarzębin pod blokiem, ciepła kurtka wypełzła z szafy, zabolało gardło, zawiało październikiem, listopadem i zamiast na spacer wstąpiłam do apteki po jakieś wspomagacze. Jakoś inaczej wyglądają poranki, trudniej dojechać do pracy i nie jest już tak zupełnie bezstresowo, na luzie i przyjemnie. Gumka od rajtuzowych stopek za ciasno oplatała mi kostki i aby pozbyć się napuchniętej obrączki cały dzień siedziałam w balerinkach na bose stopy. Cóż, poszło w chusteczki, kasłałam na monitory i termometr pokazywał przez jakiś czas wyższe rejestry. Może trzeba było jednak nie zdejmować tych skarpetek... Odpuściłam kilka ćwiczeń - musiałam. Poleniuchowałam nad książkami lub po prostu przy zgaszonym świetle popołudniami, bo choć nikłe i tak jakoś raziło. Poszwędałam się po cmentarzach, podpat...

"Ja, Klaudiusz" Robert Graves

Powieść historyczna, chociaż czyta się jak niezłą obyczajówkę, tylko imiona inne i zwyczaje cokolwiek barbarzyńskie, za to jakie - cesarskie! W powieści jak to w dobrej powieści, uznanej wielokrotnie zresztą na pozycję szczególnie godną uwagi - jest wiele płaszczyzn, które nadają się do wnikliwej analizy. Można zatem popatrzeć sobie na tę powieść tradycyjnie jak na wspomnienia formie pamiętnika spisane przez członka rodziny cesarskiej, a że okazuje się on wnikliwym obserwatorem swoich czasów to naprawdę sporo można się dowiedzieć o słabościach jego rod. Historycy znajdą wiele smaczków, bo tak zwane tło nie jest mgliste, ale przekonująco wyraźne i sięga daleko poza cesarską dynastię. Na przykład nienazwane wprost straszy po kątach widmo nadciągającego chrześcijaństwa. Druga płaszczyzna to oczywiście postać głównego bohatera i konwencja „nieudanego” chorowitego dziecka odrzucanego przez własnych bliskich, później niedocenianego historyka oraz oczywiście kolejne literackie wcielenie i...

"Żart" Milan Kundera

Ach, ta słowiańska dusza! Młodość wpleciona w dzieje narodu, upodobanie do muzyki, wódki i kobiet, a także to przekonanie o swojej nieujawnionej wyższości, ważności, specjalnym przeznaczeniu indywidualnych losów. A przy tym dystans do własnych zaangażowań – ot choćby do partyjnej zasadniczości, do miłości, której nie daje się szansy objawić, do siebie, gdy trzeba wyrzec się w imię czegoś, w co się już nie wierzy. Tutaj indywidualnie pojmowana sprawiedliwość miesza się nie tylko z zemstą, którą podobno najlepiej wymierzać na zimno, ale także z próbą osiągnięcia jakiejś narodowej, dziejowej sprawiedliwości. A tymczasem krzywda narodu to szereg nieszczęść jego obywateli, w dodatku niezawinionych, ot połączonych luźnym splotem spędzanej w jednym mieście młodości. Coś, co miało być żartem wyrośniętego młokosa, sztuczką, na którą nie złapała się nieco sztywniacka dziewczyna, wtrąca Ludwika w machinę, która losuje dla niego całkowicie odmienny życiorys niż ten, do którego wydawał się być pr...

"Pożegnanie z Afryką" Karen Blixen

„Pożegnanie z Afryką” dla mnie okazało się bardziej przywitaniem. Niektórym wyda się może dziwne, że nie widziałam filmu, nie czytałam wcześniej tej pozycji, chociaż oczywiście - o jednym i o drugim całkiem sporo słyszałam. Z grubsza znana mi też była biografia autorki, ot - tyle tylko, ile potrzeba, by nadać dziełu etykietkę „na faktach autentycznych”. Czasem to zachęca odbiorcę, mnie raczej odrzuca. Pewnie dlatego tyle lat zajęła mi decyzja o przeczytaniu książki. To nie jest pożegnanie z czymś egzotycznym. Może dla ludzi nie do końca wkręconych w temat Afryka i zamieszkanie gdzieś w jej przestrzeni wydaje się jakąś obcą ideą, nowością, odwagą. Pożegnanie byłoby zatem w tej konwencji powrotem do europejskiej normalności. Lecz ja czytałam to inaczej, jak opowieść o zakończeniu pewnego rozdziału w życiu, odejściu z domu wymuszonym przez okoliczności, koniecznej zmianie statusu. Spokojna narracja utrzymana w stylu niespiesznej opowieści metodycznie wprowadza czytelnika w świat kobiet...

nalewka z aronii wieczorową porą w połowie października

Jak wygląda wieczór? Cóż, raczę się naleweczką z aronii. Pyszna, domowa, słodziutka - niebo w gębie! I pomyśleć, że nie doceniałam takich specjałów... Głupia byłam. Nie ma nic lepszego po całym dniu, zabieganym, rozedrganym tysiącem ważnych i mniej ważnych spraw i sprawek. Cisza w domu, co prawda pora dosyć późnawa i długo raczyć się nie mogę, bo to jednak poniedziałek i do weekendu daleko, ale tych kilka minut doprawdy warto świadomie zaliczyć do plusów. Chociaż siedzę samotnie. Na balkon podeszła już noc, wilgotna i lekko wietrzna. Zaczynam jak co jesień czuć wyraźnie, że mam gardło, a rankami jakoś gorzej się wstaje niż latem, ale mimo wszystko przecież nie jest zupełnie bez sensu. Znalazłam kilka nowych spraw w tym roku do załatwienia, a czas przeznaczył dla mnie kilka nowych wzruszeń do przemyśleń. Będę się z nimi rozprawiać jesienią, może zimą nawet. Ta nalewka - cudo! - rozgrzewa mi nie tylko ciało, ale i ducha jakby. Mocna czerwień napełnia mnie optymizmem, podnosi nastrój. T...

czy jestem? jestem

Czy jestem tu? Jestem. Wpadałam zresztą czasem oglądać pustkę. Znudziło mi się. Ale nie będzie deklaracji, obietnic, planów. Może się uda zbudować coś znowu, może nie. Generalnie lubię zaczynać od jesieni. Przyznam się, że straciłam pomysł, zapomniałam, jak to miało być. Zdaje się, że słowa same, bez obrazów, bez kolorów, a wszystkie wydumane z sufitu, moje z głębi, ale tak, aby nikt się nie poznał, że ja to ja. Pogubiłam się w moich ja. Teraz nie wiem, które mieszka pod sufitem, które spogląda spod oka, które trzyma ręce na klawiaturze i czyje myśli pisze. Ale słowo to zawsze kreacja, więc proszę mnie w pełni nie utożsamiać. Może będzie częściej, bo w torebce zamieszkał mi taki pomocnik smart. Ułatwia mi kilka spraw. Może się da, aby i blogiem się zajął. Póki co szukam „apki” na czytanie Was. Jest jakiś smart czytnik blogów? Ktoś poleca, zna?

jesień

po długim weekendzie

Dni mijają, śliczne, słoneczne. Byłam na krótkim wypadzie w Krynicy, wróciłam zadowolona. Dawno nie byłam w górach, nie pamiętam, kiedy ostatnio tak spacerowałam, smakowałam inne ścieżki, smaki, doznania. Było świetnie, niespiesznie, lekko wspinaczkowo, leniwie w basenie, w saunie, w jacuzzi z widokiem na góry. Sama sobie zazdroszczę. A w Warszawie - cóż, alergia pełnym nosem, piekącymi oczami, zapchanymi zatokami i niestety jakimiś problemami ze ścięgnem, więc z biegania póki co nic nie wychodziło. Początki podobno bywają trudne. Ale początek znaczy, że będzie ciąg dalszy, więc się nie załamuję. Noga jest oszczędzana, tabletki łykane grzecznie i póki co nie mogę wyjść z powyjazdowego prania. W sobotę na szczęście znowu squash, a wieczorem filharmonia. Nie mogę się doczekać, lecz przyspieszać nie będę. Niech się równie leniwie czwartek przeradza w następny weekend, miejski, ale mam nadzieję - równie udany.

lokalnie o żonkilach przez wielkie H

Dziś jest mi smutno nie tylko z mojego powodu. Jest mi smutno tak globalnie, z powodu 19 kwietnia, z powodu mojej obecności w Warszawie i tego, jak niewiele wiem o ulicach, po których czasem chodzę. Ot, taka Karmelicka. Donikąd z niej dojść. Po prostu zwyczajnie zabłądziłam kiedyś od Jana Pawła, szukałam czegoś, spieszyłam się. Dziś wiem, że może to taka ulica od pośpiesznych przejść, ale wtedy spieszyłam się, bo wiał wiatr i wiosna nie do końca jeszcze rozpaliła miasto. Sądzę, że niektóre wiosny nie dają nadziei. Niektóre ulice prędzej rozpalają negatywne emocje niż słońce, niezrozumiałe emocje, takie, dla których brakuje mi przymiotników. Męczy mnie niejednoznaczność postawy niektórych mieszkańców dawnej Warszawy. Męczy mnie, że nawet dzisiaj zaprzeczyć się chce historii, tej trudnej Historii. Nie próbuję zrozumieć, bo nie zrozumiem. Chciałabym poczuć. Chciałabym wiedzieć. Dziwne, że te dawniej płonące ulice, miejsca naznaczone gwiezdnym cierpieniem, to nie moje rejony...

Fault start

Kolory za oknem nie zachęcały do wstania. A jednak, zanim rozdzwoniły się brutalnie budziki, w połowie snu o jakiejś zagmatwanej strukturze, otworzyłam oczy i pomyślałam, że to doskonały pomysł, by ranek rozpocząć inaczej. 5:30. Szkoda czasu na kawę. Gdy poczuję jej aromat, natychmiast przypomnę sobie, że nie jestem w stanie bez niej dojść dalej niż do tramwaju. Zatem tylko założyłam soczewki, zamieniłam piżamę na dresik i dokładnie zawiązałam sznurówki na moich nowych, pierwszych w zasadzie, butach do biegania. Na klatce, zanim zeszłam na dół, obwiązałam sobie nadgarstek lewej ręki czerwoną bandamą, w którą owinęłam klucze do drzwi. Jakoś nie pomyślałam o tym wcześniej, że problemem może nie być wyjść z domu, ale dostać się do środka. Z braku kluczy. A telefon? Jak zabrać telefon? Zawsze rano schodzę z trudem, a teraz zbiegłam po prostu i z ostatniego schodka zeskoczyłam lekko w chłodne miasto. Puste podwórko, ostre powietrze, jeszcze niepozbierane butelki po nocnych spotkaniach...

niepowtarzalność

Znowu za dziesięć siódma, pośpieszna kawa na stojąco w kuchni, budzenie dnia, pakowanie kanapek. Albo ma być pogoda, albo nie, będzie słońce/deszcz albo nie będzie. Nie pamiętam już, co tam dzisiaj akurat mówili. Te same spodnie co wczoraj, a może i przedwczoraj, nie kojarzę jakoś. Niewiele się różnią dni od siebie, tylko popołudniami trochę. Poranki są jednakowe. I buziaczki, i „miłego dnia”, „zadzwoń”, „zadzwonię” i po schodach w dół, ze dwa „dzień dobry” i pierwszy haust jeszcze nie wiosennego albo już trochę wiosennego powietrza. W drodze na przystanek tradycyjnie żałowałam, że nie wstałam wcześniej, nie włożyłam stóp w turkus butów do biegania, nie wchłonęłam porannej porcji Warszawy tuż przed pustoszeniem parkingów sypialnianej dzielnicy. Zamiast tego, jak co dzień, w grupie ludzi znajomych z widzenia, a którym zgodnie z obecnie panującym nie wiedzieć czemu trendem nie mówimy sobie „dzień dobry”, kontemplowałam barierki przystanku w wiecznym remoncie, hipnotyzowały nas zmiany ...

buty do biegania

Kupiłam je. To śmieszne trochę. Takie buty do czegoś. Zwykle miałam po prostu buty, takie dla mnie. A te – są nie tylko przeznaczone na moje stopy, ale też do konkretnej ich działalności. Nadmienię, że to moje drugie buty do czegoś. Te pierwsze buty sportowe są do squasha i … działają! Buty do biegania stoją w dużym pokoju od wczoraj i niezliczona ilość oczek w siateczce, która zapewnić ma moim stopom oddech z każdą mijaną płytką chodnikową, patrzą na mnie pytająco – odważysz się? Nie wiem. Ale posiadanie butów do czegoś jednak zobowiązuje. To bez sensu mścić się akurat na nich, że kiedyś jakieś pantofle mnie zawiodły. To nie fair. Nowe buty – nowa szansa. Nie będę ich zawodzić swoją nieobecnością. Są do biegania, będą biegać. Nie mogę oszukiwać tylu wpatrzonych we mnie ok. I tylko nie mam z kim biegać. To głupie, że sama bardziej się wstydzę, boję. Moje małe demony. To pierwsze, wstyd, pokonam. Kilka barier już przełamałam, np. założyłam sportowy strój i ośmieliłam się ćwiczyć...

chce mi się!

Coś mi się porobiło. W dodatku - zupełnie nie wiem od czego. Całe moje dotychczasowe życie unikałam aktywności fizycznej jak tylko mogłam. W szkole ten przedmiot zaniżał mi średnią i nawet podczas studiów w całej ofercie zajęć ruchowych zaliczających przedmiot nie znalazłam nic dla siebie. Fakt, że może nie dość aktywnie szukałam. Potem sporo jeździłam na rowerze, ale bardzo hobbystycznie. Niby po 20-25 km dziennie i prawie codziennie, ale tylko od połowy czerwca do końca lipca. Zapał w temacie jednak co roku słabnie. W 2012 r. w tym sezonie byłam na rowerze … dwa razy. Wstyd mi, bo bardzo lubię rower. Ostatnia moja przygoda sportowa przydarzyła się w drugiej połowie 2011 r., kiedy to regularnie dwa razy w tygodniu chodziłam na pilates. W lipcu zaczęłam, w grudniu przestałam i tyle było. Ale pomogło wtedy bardzo, a nawet miłość do tej gimnastyki została. Rok 2012 zdominowały inne sprawy i zapowiadało się, że nadal będę sobie pielęgnowała ten antysportowy tryb życia. Od począ...

Nie gub się

Środa, 8:30, schody z peronu Metro Świętokrzyska na górę, przed bramką jeszcze. Idę, nie spieszę się. Pozornie nikt się nie spieszy, a jednak jakoś tak w miarę energicznie ludzie zmierzają do bramki. Kilka dostępnych na prawo – tam pójdą w większości ci ze schodów ruchomych. Jedna bramka do wyjścia na lewo. To tam zmierzamy ze schodów, my gardzący tłokiem na schodach ruchomych, my energiczni, my zarażeni ideą fitnessu z rana, niechcący być podejrzani o gnuśność, my spóźnieni. Idę. Wygrzebuję wełniane rękawiczki z kieszeni, zakładam, przekładam reklamówkę z jedzeniem z ręki prawej do lewej, potem z lewej do prawej. Spinam kurtkę, poprawiam czapkę, w torbie namierzam kartę do pracy, lokalizuję ostatnią paczkę chusteczek higienicznych. Przede mną chłopak, dobra - młody mężczyzna. Na oko też spieszy się do biura, jednak chyba fajny taki, nie sztywniak. Jest odrobina luzu w jego stroju, niespieszna dynamika w chodzie, torba na lewym ramieniu, paczka skórzanych rękawiczek w prawej dłoni, ...

prywatna mgła

Od dwóch dni mamy w domu nową zabawkę – elektroniczny ultradźwiękowy nawilżacz powietrza. Stoi w pokoju dziecinnym, płynnie zmienia kolor, wyświetla stopień wilgotności w pomieszczeniu i wytwarza mgiełkę – ciepłą lub zimną – wedle preferencji. Nie jest szczególnie piękny ani też zupełnie elektronicznie beznadziejny. Po prostu jest. Generalnie nie przeszkadza mi, zajął moją uwagę na jakieś 5 minut, kiedy to był podłączany i musiałam zadecydować, gdzie będzie stał. Lubię go, ale to dlatego, że ma być dobry dla moich dzieci. Nie wiem, czy jest – póki co działa na zasadzie udzielonego przeze mnie kredytu zaufania. Dostał filtr, a także wodę destylowaną i generalnie oczekuję od niego tylko tego, żeby niczego więcej on nie oczekiwał ode mnie. Mój mąż – przeciwnie. Dogląda go starannie. Czyta komunikaty. Sprawdza poziom wody, stan filtra, przestawia mu wartości na wyświetlaczu informując go tym samym, jakiego stopnia wilgotności oczekuje. Nawilżacz chyba się go słucha, bo mąż wraca z małeg...

złudzenia do stracenia

Życie nie jest zbyt skomplikowane. To tylko ja muszę się jakoś z nim poukładać, przemyśleć sobie albo i nie myśleć. Nie wiem już. Większość detali codzienności nie powinny stanowić dla mnie problemu, a jednak czasem ich wielość mnie przeraża. Kolejna sprawa do załatwienia, następny aspekt do zorganizowania i następny, i jeszcze jeden. A tu jakaś mała draka, kaszel czy odwołany basen i nagle wali się cały misterny plan, upada koncepcja i co dalej? Znowu trzeba układać, a choćby się nie chciało myśleć o tym, to i tak trzeba jakoś wpisać w kalendarz, zamknąć w słowach przyporządkowanych choćby ogólnie do godzin. Rano zbyt zaganiana, w pracy zbyt zamieszana zajęciami i jednak za bardzo widoczna, by kreślić na kartkach zapytania lub klecić odpowiedzi, popołudniami zbyt zajęta, a wieczorem zmęczona, by przemyśleć siebie. Co mogłabym zrobić, aby poczuć się lepiej? Jak zrealizować pewne życzenie, wypowiedziane przez jakiegoś życzliwego w przeszłości „złap życie za bary i duś jak cytrynk...

szybciej

Biec, biec, biec! Nie trzeba aż tak. Można trochę odpuścić. Nawet jak się za bardzo zwolnić nie da, wystarczy ponoć bardziej świadomie rozglądać się na boki i zadawać sobie wciąż jedno pytanie - jak się czuję w tym Teraz. Rozwiązaniem byłaby zatem większa uwaga, większe zaangażowanie. Nie zawsze się udaje. Nie pamiętam szczegółów chwilowych Teraz. Jaką miałam koszulę w pracy w piątek?  Z kim piłam kawę do drugiego śniadania? O czym myślałam podczas rutynowych działań biurowych? Czy siedziałam w tramwaju? Dwa dni minęły, a już nie pamiętam tych szczegółów bez znaczenia. A może powinnam? Nawet weekend nie był niespieszny. Bieg po relaks. Oczywiście przyjemniejszy niż w tygodniu, ale jednak bieg. Mimo to udało mi się więcej zauważać. Może dlatego, że towarzyszyli mi moi bliscy i to na nich się koncentrowałam. Niewiele pamiętam z siebie, kilka detali zaledwie. Ale pamiętam z weekendu zachwycone buźki dzieci, ogniki zadowolenia w oczach dorosłych, drobne gesty wnoszące pewność, że ...

W pułapce

To nic nowego. Chciałabym opisać swoje sprawy, uczucia, wydarzenia, ale świadomość, że nie są jakieś szczególnie zajmujące dla każdego oprócz mnie powoduje, że przede wszystkim czuję bezsens tego pragnienia. Siadam i poraża mnie konieczność podjęcia decyzji, czy stukać klawiszami, czy porcjować atrament w bezduszne kratki. Na marginesie – sądziłam, że to one są winne, blokują mi myśli, wyznaczają tory i akcentują koślawość liter. Dlatego, gdy tylko skończył mi się kratkowany zeszyt zwany notatnikiem, nabyłam taki gładki, czysty, bez marginesów – po prostu przestrzeń bez blokad gotowa do przyjęcia osobistych wynurzeń. Niespodzianka? Nie, nie było. Tak samo nie idzie. W punktach – proszę bardzo, ale tak jakoś bardziej opisowo - nie wychodzi. Bo, jestem przekonana, nie chodzi o to jak, ale o to - co. A tutaj kolejny problem. Chciałoby się być oryginalnym, nowatorskim, niepowtarzalnym, a tymczasem jest tak, jak w tym cytacie z Fromma: „Wolność słowa stanowi co prawda ważkie zwycięstwo...

trzecia kawa o trzeciej

15:00. Czas na trzecią kawę. Bez niej trudniej jest przetrwać codzienny kryzys godziny trzeciej. Zwykle wszystko mam pokończone. Mogłabym zaczynać zatem, ale woli brak. Palce zaczynają dotykać literek netu, takie równomierne staccato na www. Od pasmanterii do podróży. Choćbym z rana bardziej realistką była, po trzeciej zaczynam marzyć o kolejnej włóczce, materiale na sukienkę, chociaż nie chodzę w sukienkach, a swetry do pracy w zasadzie są niedozwolone. Szukam wycieczek, zajęć sportowych, ciekawych miejsc, o których wiem, że czasu nie mam, by tam podjechać. Organizuję zajęcia dodatkowe dzieciom, chociaż szans nie ma na ich realizację, a w zasadzie nawet potrzeby. I obiecuję sobie, co to ja nie zrobię, jak tylko do domu przyjdę! Jak to się wspaniale zorganizuję, że nawet zostanie mi godzinka dla siebie, gdzieś przy kuchennym blacie, aby zanotować sobie kilka spostrzeżeń. Lecz z każdym łykiem kawy pewność wieczornego sukcesu maleje. Zupełnie tak, jakby ta trzecia filiżanka o trzeciej...

interpretacja poranka

Zdarzenia po prostu się zdarzają. Wstałam za późno, za mało przygotowałam poranek wczoraj, więc dzisiaj nie zaczęło się niespiesznie. Pijąc kawę w kuchni w rytm telewizyjnych wiadomości robiłam kanapki, ubierałam się, budziłam dzieci i męża, wklepywałam krem na powieki i pod oczy, cerowałam rajstopy, prasowałam kołnierzyki, informując jednocześnie do kogo o której w jakiej sprawie zadzwonię w ciągu dnia (robię za kalendarz, działam jak przypomnienie) oraz co mamy zaplanowane na popołudnie. „Zaplanowane” należy rozumieć jako umówiona wizyta lekarska lub rehabilitacyjna z jednym z dzieci. Dzielnie zniosłam trzecie „już wstaję” męża, trzaśnięcie drzwiami wzburzonej czymś nastolatki w fazie początkowej oraz nerwy kilkulatka z powodu tego, że nastolatka zakładając rajstopy przysiadła nieznacznie na jej łóżku. Zwiały mi trzy autobusy, bo nie przebiegłam na czerwonym przez ulicę. Za to może w ramach rekompensaty siedziałam i w autobusie i w tramwaju, bo akurat podjechał mi taki bezpośredn...

naprawianie

Czasami wydaje mi się, że nie mam nic do powiedzenia. Jestem taka sama jak większość motających się dojrzałych dziewczynek, uwikłanych w życie na poziomie 30-40. Mam typowe problemy, kupuję co rano drożdżówki z takim samym poczuciem winy jakie mają moje równolatki, moje zmarszczki na twarzy nie znikają zależnie od grymasu i zawsze na wiosnę podejmuję nowe wyzwania w stylu – naprawię swoje życie. Co to znaczy naprawię? Żeby coś naprawić, to coś musi być najpierw popsute. Zaczynam zatem od redefiniowania pojęć. Prawda jest taka, że nie ma czego naprawiać. Zawsze jest na co narzekać, ale w sumie bardziej musiałabym dziękować. Mam jednak wrażenie, że najbardziej obciążają mnie – nazwijmy to – koszty uzyskania przychodu. Jestem wdzięczna za wszystko co mam. Nie zamieniłabym na nic innego, przynajmniej tak mi się wydaje. Ale… i posiadanie kosztuje, nie finansowo, chociaż też oczywiście, ale bardziej chodzi mi o koszty duchowe, psychiczne, tego typu. Coś, co niektórzy określają mianem „...

bez postanowień

Jak to dobrze, że nie robiłam postanowień na Nowy Rok! Zwykle było coś o intensywnej nauce angielskiego, porządkach w szafie oraz ogólnowłasnej miłości do ludzi i innych stworzeń ludziopodobnych. Całe szczęście! Teraz, właśnie 5 stycznia, miałabym mega wyrzuty sumienia, że znowu się nie udaje. Ani jedna godzina Nowego Roku nie towarzyszyła mi przy uzupełnianiu ćwiczeń w bardzo obcym języku. Moje  ręce ani razu nie sięgnęły do szafy głębiej niż po dżinsy i koszulę do pracy - no, żelazko stoi głębiej, więc po nie jednak sięgnęłam. Oraz po deskę rzecz jasna - taki pakiecik. Co do miłości do ludzi, dużym sukcesem jest moim zdaniem, jeśli uda mi się znosić ich działania lub w niektórych przypadkach choćby milczącą obecność w moim pobliżu bez komentarza. Takiego w myślach. Sukces pracy nad sobą z lat ubiegłych, wymagający zresztą powtórki, bo ostatnio coś szwankuje. Gdy już zjadliwa uwaga ciśnie mi się na myśli i włącza się analizator krytyczny, ostatkiem sił władczych wydaję sobie jak p...