Rozmawiałyśmy o wakacjach, o czasie wolnym po pracy, o odpoczynku. Chciałam koleżance odpowiedzieć dowcipnie, jaki to będę miała "idealny" czas w domu po południu i zaczęłam opisywać, co będę robić wiedząc, że właśnie na to na pewno nie znajdę tak spokojnej chwili, jak bym chciała. Chociaż to, co bym pragnęła akurat robić to naprawdę nic szczególnego. Po prostu kawa w ulubionej filiżance na balkonie, ugotowanie w spokoju zupy dla rodziny, przeczytanie ze dwóch rozdziałów książki z nogami na sofie, aby odpoczęły nogi. Oprócz tego leniwe, a nie pospieszne czynności przygotowawcze: małe prasowanie, jedno pranie, podlanie wszystkich kwiatów. Gdyby jeszcze czasu trochę starczyło na komputer albo chociaż smartfon - o, to by było idealnie. I to wszystko było ironicznie, bo przecież tak się nie uda. Nigdy się nie udaje - myślałam z przekąsem. Zawsze w pośpiechu, gorączkowo, z dzieckiem przy nodze, rozpraszana zagrożeniami i dziecięcym znużeniem, a może też potrzebą wyłączności...
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)