piątek, 27 kwietnia 2018

kwiecień, maj prawie

No wiem, zwykły mlecz. Chwast po prostu. W dodatku prawie w bramie. Też sobie miejsce wybrał. Zasadniczo nie powinno go tu być. Piach i kurz, nie ziemia. Otwierana brama go niemal trąca.
Źle wygląda taki chwast przy bramie. Pewnie wszystko takie mają tutaj zaniedbane. Mogliby wyrwać przecież, wystarczy się schylić. Nic, że odrośnie, ale teraz przynajmniej by nie było i nie wyglądało źle.
No wiem, niby zioło. Jakby więcej było to można miód mniszkowy zrobić, na przeziębienie jesienne jak znalazł. Ale to z łąki lepiej, spod lasu. Nie z bramy. Nie wiadomo co zrobić z jednym, na wszystko za mało. I miejsce nie to.
Może i ładny nawet. W miarę żywa zieleń i intensywny kolor. Jakieś życie na betonie jest. Tyle że i tak się zaraz popsuje w szary dmuchawiec, wiatr powieje, zasieje się w jakieś szczeliny. I zostanie brzydki chybotliwy badyl z łysą główką. A taki to już w ogóle nie wiadomo komu na co. I jeszcze w bramie niemal...

czwartek, 26 kwietnia 2018

musizm, nierobizm

Wychodzę z choroby, a raczej ona wychodzi ze mnie. Pomagam jej lekami, wyganiam, wyrzucam w wydmuchanych chusteczkach, spłukuję herbatkami, żegnam. Jestem osłabiona po walce. Patrzę na miejsce, gdzie będzie mój ogródek i balkon, do którego nie kupiłam jeszcze huśtawki. I to by trzeba przetrzeć, i tamto wyszorować, przyciąć, wyciąć, nawozić. Tymczasem kawa słabiutka i tępo obserwuję cyferki do powrotu dzieci ze szkoły, do przebudzenia. 


W sobotę zniknie reszta zaniedbanych rozpasanych tui z ogródka. Muszę do tego czasu nabrać sił i poukładać się w sobie. Nie myśleć za dużo. Organizować. Torf kupić, ziemię, w końcu doniczki dla sukulentów, nasiona kwiatowe jakieś. Przecież w końcu przydadzą się. Tym się zająć! A nie myśleniem, nie światem dla wybranych, nie wynikami badań, co mają być jutro, a już martwią, nie zastanawianiem, czy z tego miejsca listy dostanę się do żłobka przed wrześniem i czy uda się najstarszej poprawić te ostatnie słabe oceny z tego i z tamtego, i jeszcze z czegoś tam.
Takie normalne problemy, sprawy i smuteczki. Cóż, no muszę skopać, zagrabić, przyciąć...




poniedziałek, 23 kwietnia 2018

na południowy parapet


Sporo mam takich rzeczy i spraw, którymi zawsze chciałam się zająć, bliżej zainteresować, a nigdy nie było albo czasu, albo miejsca, albo pomysłu. Często brakowało mi na nie pieniędzy i wiedzy, jak się danym tematem w miarę profesjonalnie zająć. Sukulenty są jedną z takich spraw.
Oto narodziny mam nadzieję nowej pasji. Miałam jeden wolny parapet na południowy zachód. Zainwestowałam troszkę grosza na mini sadzonki, naprawdę maleńkie. Teraz tylko zamierzam nabyć taką specjalną podłużną donicę albo raczej dwie i ułożę to wszystko w jakąś kompozycję. Będę się usilnie powstrzymywać przed częstym podlewaniem! To będzie zdaje się najtrudniejsze.


czwartek, 19 kwietnia 2018

psia natura


To jest szałaput nie pies. Nie usiedzi ani chwili, nie bardzo się słucha i nie da się ujarzmić jego wścibskiej natury. Nawet po naszym maleńkim ogródku szaleje. Ta mokra kulka na końcu pyska była już chyba wszędzie i żadna ewentualna kara jej nie powstrzyma. Oczywiście, ma to swój urok, ale przede wszystkim taka jest właśnie natura tej rasy. Podobno terier walijski, a może nawet każdy terier, ma bardzo wysokie mniemanie o sobie, swoich umiejętnościach i posturze, i nie boi się w związku z tym niczego i nikogo. Tak ma być. Mój pies też zatem nie wie, że jest zasadniczo mały i jego jazgotliwe szczekanie nikogo nie odstraszy. 
Wielki pies w małym ciele. Cóż, nie należy do moich ulubionych, niestety muszę się przyznać. Z pewnością nie przepadam za tą rasą. Przekonuję się o tym każdego dnia. Ale ... nic z tym nie da się zrobić, więc jakoś sobie razem żyjemy, jak to w rodzinie.

Kilka dni temu minęło 6 lat od śmierci mojego ukochanego psa, Kory. To takie przykre. Pamiętam jak jej mąż obiecywał, że kiedyś będziemy mieli dom z ogrodem i będzie mogła wygrzewać się w słońcu na jakimś tarasie. Zamiast tego znosiła nas w ciasnym mieszkaniu, wychowywała z nami nasze dzieci. I odeszła trochę za wcześnie.
Pamiętam o niej, dużym wilkowatym kundlu, czasem przeze mnie niedocenianym. A dziś ten mój młody szałaput, tak różny od przyjaciółki z psiego nieba, zwyczajnie i spokojnie ułożył się słońcu w ogródku dokładnie tak, jak to jej obiecywaliśmy. 
I tak mi się głupio zrobiło, że znowu dałam się wciągnąć w pułapkę nielubienia. Zamiast trochę oczy przymknąć na psoty, na charakterek i inne sprawy. I bardziej polubić, pogłaskać, docenić. Póki czas.


Przeczytałam rano ten wpis. Z pewnością nie pozostał on bez wpływu na moje odczucia względem mojego własnego psa. A myśląc o komentarzu, poszłam chwilkę popracować w ogródku i nagle jakoś wszystko złożyło się w całość. I brak słów, i tęsknota i niespodziewane podobieństwo dwóch niepodobnych psich natur.


środa, 18 kwietnia 2018

kwiatki


Wiem, przynudzam. Ileż można o kwiatkach bratkach! Żaden to cud natury, że na wiosnę wszystko kwitnie, a kupione gotowe, posadzone, wygląda kolorowo i cieszy. Ale naprawdę nacieszyć się nie mogę tymi kilkoma metrami ogródka, zaniedbanego jeszcze co prawda. No i te kolorowe kwiatki od frontu - dla mnie magia. I pociecha, nawet w deszczu.




I jeszcze kwiat magnolii, bo znalazłam aparat i mogłam troszkę się zbliżyć. Mam ją o krok. Wystarczy, że z salonu wyjdę na balkon i są - ogromne kwiaty na wyciągnięcie ręki. Jak tu ich nie fotografować? Obok kwiatów już pojawiają się liście...


W ogródku mam jeszcze krzew migdałka. Niestety, rośnie w takim miejscu, że bardziej mi przeszkadza niż cieszy. Ma co prawda śliczne małe kwiaty i w ogóle jest uroczy, ale niestety krzew od dawna chyba nie był przycinany i bardzo zdziczał. Dopiero po kwitnieniu mogę go troszkę ucywilizować, ale nie mam pojęcia, czy jeszcze się uda. Może zdecyduję się na jego całkowitą likwidację, mimo uroku bladych kwiatuszków.


Generalnie nie mogę się już doczekać tych naszych zaplanowanych na pierwszy weekend majowy poważniejszych prac ogrodowych. Postanowiłam bowiem wyciąć cały jeden rząd potężnych, kilkumetrowych tui. Zasłaniają mi słońce, bo stanowią całą południową ścianę ogrodu. Chyba nigdy nie były przycinane, bo gałęzie mają długie, ponad metrowe, a zielone tylko na ostatnich kilku centymetrach. Początkowo chciałam tylko im gałęzie od dołu przyciąć, aby zgrabnie wygarnąć spod nich, ale spodobało mi się sprowadzanie do ogrodu słońca sekatorem, no i decyzja zapadła. Piła już czeka...

wtorek, 17 kwietnia 2018

coś na coś


Rozpadał się deszcz. Na nowe smutki, najnowsze.
Wczoraj kontrola u lekarza potwierdziła, że mała już jest zdrowa i zapalenie oskrzeli minęło. Krótko się cieszyliśmy. Już w nocy znowu wysoka temperatura i tysiące domysłów, czy to się jednak nie skończyło, czy nowe się zaczyna? Może to jednorazowa taka akcja? Ale nie, w południe znowu musiałam podać lekarstwo, więc pewnie jutro znowu lekarz zamiast spaceru.
Nie byliśmy na takim prawdziwym spacerze już ponad tydzień...

W kuchni pachnie jarzynową. Tylko mąż ją uwielbia, rzecz jasna. Przypomina mu dzieciństwo i przedszkole. A on też od wczoraj zakatarzony, podłamany, zmęczony.

Przynajmniej krople deszczu ładnie wyglądają na kwiatach magnolii, choć nie wiem jeszcze, w którym pudle mam aparat, aby zrobić lepsze zdjęcia. Smarti nie daje rady, ja nie daję rady. I też się snuję po domu z filiżankami w rękach, a to kawy, a to herbaty i planuję. Tu przestawię, tam przeniosę. Kwiaty doniczkowe domówię, przesadzę. I w sypialni kolor zmienię, nie - sypialnię przeniosę. Może to coś na coś pomoże...

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

brzoza

Minęło południe. Starsi jeszcze nie wrócili, a najmłodsza odpoczywa. W końcu nauczyła się zasypiać około południa.
Ogarnęłam z grubsza co się dało, a teraz najchętniej popędziłabym do ogródka przycinać tujom gałęzie, wytrząsać z uschniętych igiełek, grabić. Ale ... nie mogę. Jeszcze z tydzień, może dwa, muszę się wstrzymać. Do ogródka wychodzę tylko na chwilkę, kilka minut, maksymalnie pół godzinki, bo ... brzoza pyli.
Jeszcze karmię, więc nie biorę leków. Jedyna moja obrona to unikanie alergenów. Ale w ogródku u sąsiada rośnie sobie piękna brzoza, tuż za płotem. Trochę mi nawet w okna sypialni zagląda. Cóż,  była tu przede mną, no i naprawdę jest śliczna. W sumie to zawsze lubiłam brzozy i tylko od kilku lat jakoś nie bardzo znoszę ich obecność, a testy sprzed dwóch lat niestety to potwierdziły. Z żalem to piszę.


Lecz generalnie jest fajnie, niespiesznie jeszcze. Wszystko przygotowane do obiadu i na popołudnie w domu. Przyjaciółka pralka zajmuje się cicho naszymi ubraniami. Przyjaciółka zmywarka troskliwie szykuje nam naczynia. Zamiast w swoim gabinecie, w którym niestety nie mam jeszcze biurka, siedzę oczywiście w kuchni i popijam kawkę. Niby nic szczególnego, prawda? Tyle że mnie cieszy taka zwyczajność najbardziej. Pół godzinki wyrwane z dnia dla siebie. Działający internet na starym notebooku, który ledwo zipie, ale zipie. Ciepły napój wypity na siedząco, a nie zapomniany gdzieś w biegu.
Przysiadam tak, zamyślam się, marzę i trochę rozleniwiam. Staram się nie myśleć, że wkrótce, pewnie jesienią, wrócę do pracy i znów wszystko stanie na głowie. Nieważne. Póki co cieszę się wiosną w nowym miejscu, choć alergiczną i trudną, ale też tutaj naszą pierwszą, niespodziewaną, więc taką nową, inną.

niedziela, 15 kwietnia 2018

ogródek od frontu

Od frontu, pod brzydką skrzynką z licznikami odkryłam niewielki ogródek. Myślałam, że nic tam nie rośnie oprócz jakiegoś krzaczora, którego planowałam wyciąć przy najbliższej okazji.

Jeszcze padał śnieg i nocami mroziło, a spod śniegu, w tym zatęchłym ogródeczku, zaczęły wyłazić spod dawno niesprzątanych liści jakieś białe główki. Po raz kolejny zostałam zadziwiona. Proszę się śmiać ze mnie do woli, ale naprawdę pierwszy raz w życiu zobaczyłam żywe, a nie na zdjęciu, przebiśniegi.


Krokusy już kiedyś widziałam, ale też nie wiedziałam, że sobie tak po prostu zakwitną.


I jeszcze hiacynty, dwa niebieskie, dwa białe i jeden różowy.


Na drabince suche badyle klematisu, które właśnie zaczynają odżywać. Czekam grzecznie, ja laik ogrodowy, z pokorą, nic nie obrywam. Czekam też na irysy. Będzie niespodzianka kolorystyczna. I tylko sobie posadziłam w donice kilka bratków, stokrotek i pachnących goździków, bo to akurat od dawna potrafię.


Uczę się ogrodnictwa od razu w praktyce.
Ten ogródek nazwałam cebulowym, bo we wrześniu zamierzam się nim zająć na poważnie. Gruntownie posprzątam, uzupełnię ziemię, no i posadzę cebule różne, różniste. Żeby mi wiosną nie tylko przebiśniegi wzeszły, krokusy i hiacynty, ale też na przykład małe tulipany. I oczywiście moje ulubione ogrodowe kwiatki - szafirki!

magnolia



To nie jest tak, że kupiliśmy dom, bo w ogródku rosła magnolia. Oglądaliśmy wiele nieruchomości. Każda miała jakieś plusy i minusy, przeważnie więcej tych drugich.
Stałam w salonie z jej właścicielką, spoglądałam przez okno na niewielki i zaniedbany ogródek na tyłach segmentu, w zasadzie nastawiona sceptycznie, żeby nie używać słowa negatywnie.
A w okno właziły suche badyle jakiegoś drzewa, w końcu to był grudzień, nic dziwnego.
- Wie pani co to za drzewo?
- Nie - przyznałam.

I wtedy dostrzegłam ogrom niewielkich pąków na tych badylach, sięgających niemal drugiego piętra. Mimo szarugi i całego tego brzydactwa opuszczonego kilka lat temu ogrodu, zobaczyłam ją wtedy  taką, jaką obecnie podziwiam z salonu.

Naprawdę nie dla niej kupiliśmy dom.
Nigdy nie marzyłam o magnolii. Nie pasuje do mnie. Nie jestem tak wyrafinowana ani rozrzutna. Ani tak niewinna w prostym pięknie.
Przyznaję jednak - urzekła mnie. Ona też jakoś tu do końca nie pasuje, a jednocześnie ma tu swoje miejsce. I skoro się tak złożyło, że mam największe jakie w życiu widziałam drzewo magnolii, to uporządkuję ten niewielki ogród, aby pasował do drzewa. I jakoś też do mnie.



piątek, 13 kwietnia 2018

Nieogarnięta

Ech, ależ mi się życie pozmieniało! Chyba pierwszy raz naprawdę nie ogarniam.
Niby o tym marzyłam, ale teraz widzę, że nie wierzyłam, że kiedykolwiek się spełni. Może dlatego nie bardzo byłam w gruncie rzeczy gotowa.
Ale to nic, to nic.
Powoli zaczynam się czuć u siebie. Wprowadzam dalsze zmiany, planuję i marzę na potęgę, bo ... spełnia się!
Nie cierpię pisać w smartfonie i dodawać posty przez aplikację. Zawsze coś nie wychodzi i nie panuję nad zdjęciami. Ale nie mam wyjścia. Później poprawię. Od tygodnia mam już nawet internet w domu, a już naprawdę niedługo ogarnę do końca mój gabinet (tak, tak, w najśmielszych snach się nie spodziewałam!) i wtedy, jeśli tylko raczkująco-chodzące dziewczę mi pozwoli, nadrobię blogi  i może troszkę podzielę się tym moim szczęściem. Bo samemu się cieszyć to jakby się nie cieszyć.