piątek, 20 marca 2020

byle do weekendu


Zabawne, czekam na weekend. Zwykle chodziło po prostu o siedzenie w domu. Tymczasem pozostaję w domu już trzeci tydzień, w tym pierwszy pracując zdalnie. Ostatnie cztery dni były dla mnie trudne, a i dzisiejszy pewnie nie będzie lepszy. Wieczorami jestem tak wykończona, że nawet na czytanie nie mam siły. Nigdy mi się nie zdarzało nie być w stanie doczytać rozdziału, a teraz - nagminnie. Wszystko chyba przez to, że dzień pracy w domu przeciąga się do późnych godzin wieczornych. Staram się być uczciwa w rozliczeniach czasu, więc przerwy konieczne na sporządzanie śniadań, przytulań, tańczeń i sprawdzanie zadań, odpracowuję wieczorami.
Marzę o odrobinie odpoczynku, o ogródku. Mam kilka kwiatków do przesadzenia w domu. Liczę na słońce na balkonie w najbliższym czasie, gdzie chociaż z rana mogłabym przysiąść na chwilę z poranną kawą, jak dawniej. Do weekendowego wypoczynku chętnie dorzuciłabym zatem porządki, aby balkon był gotowy. I okna... strach pomyśleć. Oraz pewnie zakupy na kolejny tydzień, bo zwykle działamy w systemie dużych zakupów w soboty. Chociaż pewnie tym razem wyjątkowo sobie odpuścimy.


Bawi mnie ten orzech na zdjęciu. To zaledwie metr kwadratowy ogródka przed domem. Wygrabiłam go wielokrotnie jesienią. Orzech zresztą rośnie u sąsiadów za domem, za bardzo wysokim domem. Oczywiście nie ten sam, ale znajduję go tutaj co jakiś czas...

wtorek, 17 marca 2020

frustracje


Tam na zewnątrz szaleje wiosna, a może powinno się powiedzieć, że króluje, przechadza się w koronie. Nie jest mi do śmiechu. Wyszliśmy z jednej infekcji, a teraz miałam już wrócić do pracy. I niby wróciłam, ale pracuję z domu, a sama mam zapalenie zatok, no i oczywiście sezon pyleń w pełni. Nudy nie ma.
Zwykle byłam medyczną panikarą. Dziwne, teraz jestem spokojna w moim zaniepokojeniu. Jakoś nie rodzą się we mnie pytania eschatologiczne. Mimo to nad kilkoma sprawami się zastanawiam. Co mi to ma powiedzieć, że wskazane jest ograniczenie kontaktów? W moim przypadku akurat każdy zawsze sugerował coś przeciwnego. W ogóle nie jestem kontaktowa, w sensie tym bezpośrednim. Bardzo rzadko się spotykam, choć utrzymuję sporo kontaktów. Gdyby wirus rozprzestrzeniał się online, byłabym zarażona w pierwszych jego minutach panowania na ziemi. Niektóre konwersacje nie mają początków i nigdy się nie kończą, permanentny dyskurs bez powitań i sygnalizacji zmiany tematu. Ale w świecie rzeczywistym jestem nieporadna. Myślałam, że teraz nie mam czego ograniczać. Oczywiście pomyliłam pojęcia. Bardzo wielu ludzi współistnieje ze mną milcząco. Nie doceniałam ich.
Ciężko się pracuje z domu. Trzylatka nie rozumie, że muszę siedzieć przy komputerze z nosem w tabelkach lub zaczytana w wielostronicowy mały szary druczek. Niekiedy potrzebuję ciszy. Przedszkolne piosenki wytrącają mnie z trybu analizy. Świadomość braku obiadu mnie rozbija, złości nieracjonalne wykorzystanie czasu przez starsze dzieci. Dobija mnie świadomość, że mąż musi krążyć po mieście. Martwię się o zdrowie naszych rodziców i mojej krnąbrnej 94 letniej babci. Wkurzają mnie te posty o nudzie w ramach akcji "zostań w domu". Chciałabym się ponudzić, ale tymczasem mam tyle roboty, że nie nadążam ze swoimi frustracjami. Aż głupio przyznać, że łatwiej było wstawać o tej 5:30 i lecieć do roboty. Przynajmniej człowiek mógł w spokoju napić się porannej kawy z koleżankami z pracy.




poniedziałek, 9 marca 2020

przesilenie wiosenne


Skrada się wiosna do domu, z ogródka mi włazi oknami. Słońce coraz dłużej po wschodniej stronie domu i coraz więcej po zachodniej. W moim pokoju, dla którego nie mam jeszcze nazwy, na parapecie kiełkują nasiona, a na półce do spraw pilnych i systematycznych ukorzeniają się pelargonie.
Czas na chwilę przystanął, na godzinkę pewnie. Mała śpi. Zawsze wtedy nie wiem za co najpierw się zabrać. Paradoks taki. Niby zdarza mi się marudzić, że gdybym tylko mogła to bym zrobiła to czy tamto, albo skończyła, albo zaczęła, no i jak wiele bym chciała, a jeszcze więcej muszę, a jak mam na to czas - przysiadam: na fotelu wśród książek, na kanapie z widokiem na zamknięte pączki magnolii, przy oknie w kuchni zapatrzona w przyszłość. I nie skreślam z listy kolejnych wykonanych pozycji.
Kiedyś uważałam, że to nieoczekiwane i krótkotrwałe problemy z realizacją swoich zamierzeń. Dawniej nie miałam problemu z konsekwencją, stąd sądziłam, że mi to minie. Ale w pewnym momencie przymiotniki zniknęły ze zdania o realizacji. 
Obecnie skłonna jestem przypuszczać, że wdarło się do mojego życia jakieś permanentne zmęczenie. I bynajmniej nie chodzi o tzw. życie, codzienne obowiązki czy dodatkowe problemy. To zmęczenie sobą. Trudno to wytłumaczyć, nie wiem jak. Może to jakaś forma rozczarowania. Kiedyś starałam się za wszelką cenę być bardziej, więcej wiedzieć, rozumieć, otwierać się, choć w zasadzie nie znam bardziej zamkniętej dziewczyny niż ja kiedyś byłam. Potem odpuściłam. A teraz łapię się na tym, że właśnie to mnie zmieniło, to zaprzestanie. Jestem całkowicie inna, niż kiedyś chciałam być, w zupełnie innym miejscu. Nie realizuję tego, co kiedyś chciałam, lecz co gorsza jeszcze to we mnie tkwi, teraz trochę jak zadra. Ale też nigdy nie byłam bardziej otwarta niż obecnie, właśnie taka niekonsekwentna, niezorganizowana niekiedy, niezdecydowana życiowo, z porzuconymi projektami w szafie, w połowie jednocześnie kilku książek i coraz to nowych pasji. Zupełnie jakby blokowała mnie własna zasadniczość.

sobota, 7 marca 2020

rośnie


To oczywiste, że mi odbiło. Cztery rodzaje pomidorków koktajlowych, truskawki i poziomki oraz gazanie, pelargonie, begonie i koleusy, wszystko w postaci nasionek z nadzieją złożonych w wilgotnym podłożu mieszka w moim pokoju na parapecie. Niektóre już wzeszły, mimo zapewnień na opakowaniach, że wschodów spodziewać się można za około 2-3 tygodnie. Później się zastanowię, co z tym wszystkim zrobię, ale jak znam życie - nie będę miała problemów, aby to rozdysponować.
Tak sobie umilam czas, jak mała zaśnie, co nie zdarza się często, z różnych względów. Ale ten tydzień był trudny, pod znakiem walki z wysoką temperaturą i w sumie w oczekiwaniu, co się wykluje. W poniedziałek wykluczyliśmy grypę (nie byłam świadoma, że są już na to testy) i stanęło na tym, że to po prostu rodzaj wrednej infekcji górnych dróg oddechowych. W czwartek lekarz stwierdził zapalenie oskrzeli, które już w zasadzie przechodzi na płuca. A dziś, w sobotę, na szczęście jestem pewna, że antybiotyk zadziałał, bo gorączka minęła. Kolejna kontrola we wtorek. Zastanawiam się tylko nad tym, jak wytłumaczę w pracy, że muszę zostać w domu kolejny tydzień. No i że wcale nie mam z tego radości, a moja absencja to nie wyraz cwaniactwa czy lenistwa.
Różne rzeczy wschodzą na wiosnę. Jak tak patrzę na mojego bloga, głównie zaniedbywanego, mnie ciągle wschodzi zielone i infekcyjne. Tym pierwszym się chwalę, to drugie jest dla mnie okazją do narzekania. Ale tylko to sadza mnie przy komputerze. Smutne.