Dzisiejszy dzień był tak narwany jak mój pies, terier walijski. Istny kołowrót, głupolek, wariatuńcio. Miałam wrażenie od samego rana, że gonię swój ogon, spotykam ludzi chaotycznie, gnam przed siebie za jakimiś gadżetami, potrzebnymi tylko przejściowo, na chwilę. Dochodzi północ i niby mam czas dla siebie. Padam na pysk. Dosłownie. Tępo patrzę w monitor. Powinnam położyć się chociaż na chwilę, bo pewnie około 1:30 wypadnie pierwsze nocne karmienie. Ale iść spać to tyle zachodu! Najpierw łazienka, potem te wszystkie przygotowania łóżka itd. A ja padam na - że się tak wyrażę - mordę. Mój wariatek przyszedł ze spaceru i od razu śpi. Farciarz. A ja nawet nie mam siły i ochoty odpakować nowego telefonu! Wyobrażacie sobie takie coś? W końcu po kilku latach kupuję sobie nowego smartfona i ... czeka w pudełku od kilkunastu godzin! Odebrałam go po 10:00 i do teraz nie miałam okazji. Hm, może jutro przyjemność będzie większa? Odroczona przyjemność. Kiedyś byłam w tym dobra. Z pełną pr...
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)