sobota, 28 października 2017

post pod psem

Dzisiejszy dzień był tak narwany jak mój pies, terier walijski. Istny kołowrót, głupolek, wariatuńcio. Miałam wrażenie od samego rana, że gonię swój ogon, spotykam ludzi chaotycznie, gnam przed siebie za jakimiś gadżetami, potrzebnymi tylko przejściowo, na chwilę.
Dochodzi północ i niby mam czas dla siebie. Padam na pysk. Dosłownie. Tępo patrzę w monitor. Powinnam położyć się chociaż na chwilę, bo pewnie około 1:30 wypadnie pierwsze nocne karmienie. Ale iść spać to tyle zachodu! Najpierw łazienka, potem te wszystkie przygotowania łóżka itd. A ja padam na - że się tak wyrażę - mordę. Mój wariatek przyszedł ze spaceru i od razu śpi. Farciarz. 
A ja nawet nie mam siły i ochoty odpakować nowego telefonu! Wyobrażacie sobie takie coś? W końcu po kilku latach kupuję sobie nowego smartfona i ... czeka w pudełku od kilkunastu godzin! Odebrałam go po 10:00 i do teraz nie miałam okazji. Hm, może jutro przyjemność będzie większa? Odroczona przyjemność. Kiedyś byłam w tym dobra. Z pełną premedytacją ćwiczyłam sobie charakter. Może dlatego teraz stosunkowo łatwo jest mi rezygnować z tego, co nie jest konieczne do życia i cierpliwie oczekiwać na dogodniejsze chwile, by odpakować swoje pudełka z kawałkami prozaicznych szczęść...



czwartek, 26 października 2017

jesień ku pamięci

Kilka zdjęć z parku, ku pamięci. Bo może to ostatnia jesień w tym parku? Taki piękny, a ja sobie życzę nie oglądać go codziennie. Cóż, nie to, że mi się znudziło, bo nie, takie kolory się nie nudzą. Ale po prostu chcę iść dalej. Marzę, aby zamknąć ten etap i rozpocząć następny. Wydaje mi się nawet, że w zasadzie jestem teraz między etapami. Stąd to pomieszanie nostalgii z obawą, stresik mały jakiś, a co tam!













poniedziałek, 23 października 2017

widoki na przyszłość

Przeprowadziłam się w miejsce tymczasowe, a ja nie lubię tymczasowości, prowizorek i "na próbę". Dobrze mi robi tylko "na zawsze", "na stałe" i od razu tak, jak ma być, po mojemu. 
Oj, wiem, wiem. Nic nie ma w życiu dokładnie tak, ale przecież na własny użytek i dla zdrowia psychicznego mogę sobie przecież udawać. Znaczy, mogłam do tej pory, bo teraz się nie da.
Cierpię w milczeniu i robię tak zwaną dobrą minę na użytek pozostałych domowników. Szukam pozytywów, choć jest ich niewiele. Głównym jest ... tymczasowość. Bo tym razem bardzo nie chcę, aby tak zostało na zawsze.






niedziela, 8 października 2017

czapeczka ze szczęścia

Wczoraj tak sobie łaziłam po parku, wlokłam się koło za kołem, skrzętnie omijając parkowe rzeźby i inne potworki. Nie zawsze się da przysiąść na ławce i poczytać, a właśnie pochłaniam najnowszą powieść jednej z moich ulubionych autorek literatury bestsellerowej. No i żal, bo wcześniej padało, deski mokre, w ogóle wiatr i aura nie ta.
Szłam więc. Szczęścia szukałam.


Jesień w toku, ale trawy w parku jeszcze intensywnie zielone, z koniczynami powszednimi, zapłakanymi nieco. Jestem pewna, że i takie przynoszą szczęście.

Wracałam potem oczywiście ulubioną alejką kasztanową przy osiedlu. Ach te brązowe kulki! Uwielbiam.



No i wczoraj w nocy zaczęłam, a dzisiaj kończyłam, czapkę uszatkę dla najmłodszej. Spała już, robiłam na czuja, no i wyszła ... za mała! Dzień zatem zaczęłam od prucia, a potem już tylko czysta rozkosz. Znowu jest ktoś w moim domu, któremu bezkarnie mogę dziergać te wszystkie maleńkie czapki, skarpetki, sweterki. Takie drobiazgi szybko się robi i można sobie naprawdę pofolgować w kwestii kolorów i wzorów. Bo ta starsza to wiadomo - wszystko czarne i najlepiej nie z włóczki. Ech...


czwartek, 5 października 2017

liście z nie moich drzew


Nie mam nic do powiedzenia. Ot, melancholia mnie naszła przez tę poranną wizytę, pospieszną, nerwową nawet. Wydałam złoty pięćdziesiąt na szatnię, podchwyciłam obojętne spojrzenia. Dzień jakich wiele. Dodatkowo - popaduje sobie, jak mówiła moja babcia. Nie zabrałam parasola, kurtka mokra. Podobno mała nawet nie marudziła za bardzo, tak się ładnie złożyło między karmieniami.
Każdy mój dzień jak liść, żółknie, spada, o wielu zapomnę. Niektóre podepczę, innych szkoda. Niby tak ich dużo. Choć wszystkie policzone, dobrze, że nie znam ilości tych, co jeszcze przede mną.
Takie marnotrawstwo natury, niszczenie, bezduszne wykreślanie drobin życia, usuwanie z drogi. A potem czekanie na odrodzenie w miejscu tych spisanych na straty. O ile się ma odrodzić.
Cóż, to banał rzecz jasna, że umieranie jest częścią życia, lecz i okrutna prawda. Powolne umieranie. Za wielokrotne złoty pięćdziesiąt. Za miliony obojętnych spojrzeń nim zmienią się może kiedyś w litość. Z każdą opowiedzianą w poczekalni historią, rankingiem zabiegów, przypadkowych wykryć i ostatnich chwil na podjęcie działań.
Jak tak się siedzi i słucha to czasem żal tych liści, straconych okazji, losów odmiennych, pokręconych. Smutno mi, że aż ja muszę słuchać skoro nikt inny nie słucha.

środa, 4 października 2017

także ten

Oto nowa rzeźba w parku. "Mieszczanie z Bródna". Wzbudza wiele kontrowersji...





poniedziałek, 2 października 2017

myśli znad kuchennego blatu


Znowu mam tak, że myśli mi szybko biegną i nie nadążam ich pakować w słowa. Upchnąć nie mogę. Mała zasnęła cudem anielskim, stoję w kuchni przy blacie z widokiem znajomym, herbatę po łyczku pobieram. Pranie powieszone, krupnik na gazie i cisza w domu. Może przez to tak mi myśli tupią, zamierzenia galopują.
To jest tak zwana chwila dla mnie. Co powinnam? Zamiast tego kombinuję, co by tu w końcu naprawić w życiu, coś, co ode mnie zależy. I robi się lista spraw do załatwienia, jak za starych czasów spod znaku stresu. Że trzeba by za brzuch się zabrać, żeby może jednak trochę się spłaszczył jeszcze. Ale to by trzeba drożdżówki odstawić. Ale jak odstawić, jak czasem na spacerze to tylko się daje do parku zabrać w dzikim pędzie? A na głodniaka, ja matka karmiąca, trochę jednak nie bardzo, rady nie dam.
Potem, że jeszcze ten język od lat odłogiem leży, na półkach nieprzeczytanych książek leży, aplikacje w telefonie kurzy i tylko wstyd na tym wszystkim narasta. No ale to by trzeba w bardzo obcym języku czytać, a nie we własnym. A to wolno jakoś, za to frustracja większa.
I kilka jeszcze punktów, nie będę wymieniać. Nic z tego nie wyjdzie, wiem o tym. 
Po prostu jesień znowu mi krew burzy, z zakamarków cierpień w głowie wymiata niezrealizowane marzenia na mnie. Każdej jesieni jestem jak nastolatka nad swoim malkontenckim pamiętniczkiem, któremu słodzi, obiecuje, a potem ... przeklina.