Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z wrzesień, 2017

lipa

Nie, no zwykła lipa. Żaden pisarz pod nią nie siedzi ani nic. Czasem psy sikają - tyle atrakcji. Czasem ludzie. Serio. Siedzę sobie na balkonie i widzę, że idzie facet, na oko normalny, ale jednak nie. Jedna chwila i staje w rozkroku, sprzęt wywala i sika sobie w najlepsze przodem do dziesięciopiętrowego bloku. No przecież się zachciało, prawda? Mama sama nauczyła, gdy był chłopcem kilkanaście lub kilkadziesiąt lat temu, znaczy się - można. Wrrr. Czyli zwykła lipa. Z jednej strony blok, z drugiej - zaplecza sklepów, dwa blaszane garaże, parking. Nic ciekawego. To nie jest najbardziej na świecie imponujący widok z okna. I nie najładniejsze drzewo. Nawet dla mnie jest lipa po prostu druga po wierzbie. A jednak patrzę na nią inaczej niż mój aparat. Dla mnie jest piękna, jesienią pierwsza żółknie, zawsze od wierzchołka. Pierwsza też barwi trawnik. Okrywa te wstydliwe miejsca dookoła siebie litością, wyrozumiałością i czym tam jeszcze.

spaceruję po parku

W zasadzie tylko kasztany zdradzają, że już jesień. No i może trochę żołędzie pod dębami. A cała reszta zieleni panoszy się jeszcze w najlepsze po parku i drwi sobie z aury, chłodnawej ostatnio, płaczliwej. Oprócz tego ostrzegłam kilka zaledwie żółtych liści na klonie. I tyle. Za to kasztany zwijają się w rdzawe brązy na całego. Lubię tę porę roku. Wiem, powtarzam się co jesień. O, i proszę - fontanna, dwie w zasadzie. Ta duża to nowe cudo, z tego roku, chyba specjalnie dla mnie. Ostatnia deska ratunku dla mojej najmłodszej, żeby zasnąć. No i dla mnie, bo jak zaśnie, zasiadam sobie wygodnie na jednej z ławek w pobliżu i czytam, czytam, czytam. Poniżej moja ulubiona ławeczka w alejce przy fontannach. Normalnie nie miałabym czasu chodzić przedpołudniami po parku. Pewnie siedziałabym w pracy, sfrustrowana i zła, otoczona przez negatywne emocje. A że przejawiam skłonności do samonapędzania się, pewnie eskalacja stresu we mnie urosłaby do niebotycznych rozmiar...

ciii...

Świat coś płacze przed wierzbą, nad parkiem, na lipę, maluje bulgoczące okręgi na kałużach. Nie da się wyjść na spacer i trudno uśpić malucha w domu. Tylko powietrze okalające wózek utula lub pierś moja oczy w sen zamyka. Inaczej - maruda. Nosić trzeba, zabawiać, opowiadać. A tu dodatkowo sezon się zaczął. W każdym pokoju napoczęta dwusetka chusteczek, sól morska, sok malinowy, czosnek. Średnia była przeziębiona, a teraz właśnie ta najmłodsza katarzy, no i ja - 38 stopni i inne historie. Leczenie tylko naturalne, mam nadzieję, że wystarczy, by ochronić nas przed wizytą w przychodni. Mówią, że katar to siedem dni. Dziś zatem dzień czwarty mija opornie, lecz przecież z każdą zużytą chusteczką ubywa powodów zaczerwienionych nosów i oczu łzawych. Chodzę po cichu w samych skarpetkach, by nie spłoszyć snu z takim trudem wyssanym. Herbatę z sokiem popijam. I myślę, jak to się szybko priorytety zmieniają.

moje drzewa

Stoję z kubkiem herbaty przy kuchennym blacie pod oknem z widokiem na wierzbę. Obok lipa, złapała już trochę słońca w liście. Wiele wskazuje na to, że to ostatnia moja jesień przy tym oknie. Zabawne. Nie ja wybrałam to miejsce, niby go nie kochałam. Ale może to miejsce oswoiło mnie? 17 lat prawie. Skarżyłam się wierzbie, żałowałam jarzębin, a lipa podsumowywała moje marzenia. Nadszedł czas na pójście dalej. A jakby żal. Sama nie wiem. Może to tylko przez zasiedzenie? Będę przecież w pobliżu jeszcze przez jakiś czas, naprawdę bardzo niedaleko. I niewiele się zmieni, tylko wierzba na dąb, tylko zachód na wschód. Nadal będę chodziła z psem pod kasztanami i z dzieciakami po parku, choć pewnie wkrótce fontanny przestaną działać.  Nielogiczna jestem, emocjonalna, banalna. Bo i żal, i chciałabym odejść stąd dalej. Skoro zostawiam to chcę kategorycznie, na zawsze, gdzieś bardziej. Nie tylko kierunki świata zmienić, ale świat, nie widok jedynie a istotę.  Znam siebie i w...

jesień na wariackich papierach

Zmiany, zmiany, zmiany. Jaka jesień taka właśnie jest, od dzieciństwa. Jesienią zawsze zaczyna się mój rok, kolejny rok. Może przez to, że lubiłam szkołę, a każdy kolejny etap traktowałam jak szansę na nową lepszą wersję mojego życia? Dziś nie dla siebie kupuję te wszystkie ołówki i zeszyty, a mój plan każdego dnia tygodnia jest w sumie stały. Cóż za ... strata możliwości rozwoju, nuda, rutyna? Może ... brak dojrzałości? Teraz jesieniami zgrywam plany lekcji dzieci i nadal szkoła urządza mi czas, organizuje życie. Jasne, że narzekam. Ale też oczywiście w sumie mi to pasuje. Pasowało. Lecz ta jesień jest szczególna. Mało było zmian? Zaplanowaliśmy kolejne. Co za rok! Zamieszanie, życiowy harmider. A niby po prostu siedzę w domu, sprzątam, gotuję, wychowuję, a ogarnąć się od tych zmian nie mogę. I trochę już tęsknię za taką prawdziwą nudą, siedzeniem bez ruchu, powolnym mieszaniem w filiżance, liczeniem okruszków własnoręcznie upieczonego ciasta. I za takim popołudniem ponurym, ...