No jestem chora. Ale spokojnie, nie jakoś dramatycznie szczególnie czy masakrycznie dosadnie. Po prostu zwykły sobie taki stan bardzo przewlekły. A teraz także ostry. Pod policzkami w wygodnych przestrzeniach zatok szczękowych zamieszkały sobie wszystkie moje wilgotne zmartwienia. Latami nie chciały wychodzić, bolały, ale zostawały, a teraz ... cóż. Mogłam ich nie prowokować. Sama sobie jestem winna. Mogłam zdjęć im nie cykać, nie zakraplać do wygodnych kątów zawłaszczonych pomieszczeń soli morskich i bardziej złożonych składowo kropli. Tabletek nie łykać itd. Mogłam polubić, skoro już i tak skazani zostaliśmy na siebie. Tolerować wiosenne balangi zakończone stanami zapalnymi. W końcu - tyle lat wytrzymaliśmy razem. Ale jakoś nie polubiłam. W ramach akcji PPŻ (Permanentna Przemiana Życia) postanowiłam znowu zrobić coś dla siebie w kategorii Zdrowie. No i mam za swoje. Boli dalej. A wilgotne zaszłości trzaskają moim ciałem jak drzwiami. Wylewają się, czasem mniej lub bardziej chętnie, m...
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)