Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą bieganie

owoce

Poranki są cudowne! Jak w ogóle mogłam nie lubić wstawać rano? Jako nastolatka określiłam sobie, że jestem raczej sową niż skowronkiem i może rzeczywiście wtedy tak było.  Dziś budzik miałam nastawiony na 5:15, ale obudziłam się zanim zaczął dzwonić. Wymarzony poranek na bieganie. Gdy wychodzę z domu w koszulce z krótkim rękawem wydaje się, że będzie mi chłodno. Ale po pierwszej minucie marszu zawsze robi się cieplej.  Trasę mam taką, że biegnę w kierunku słońca, miejscami mnie trochę oślepia. Ale nie przeszkadza mi to. Promienie słońca na twarzy to niezłe pobudzenie.  Myślę sobie, że powodów, aby biegać, może być wiele. Pewnie każdy jest dobry. Kiedyś biegałam tylko po to, aby podnieść sobie ocenę z wfu. Ten przedmiot jako jedyny zaniżał mi średnią, ale nauczyciel litował się nade mną i zamieniał mi tę marną trójczynę, zresztą też naciąganą, na 4 na świadectwie, jeśli 10 razy okrążyłam park w ciągu godziny lekcyjnej. Biegałam, żeby to się udało i udawało się....

w porannym deszczu

Rzeczywiście, deszcz nie przeszkadza w bieganiu. Nie to, że jakoś specjalnie chciałam sprawdzić, wcale nie. Wstałam o 5:30 jak co drugi dzień. Padało, nawet dość intensywnie. Postanowiłam poczekać i nastawiłam zaczyn drożdżowy na bułeczki z marmoladą. Pomyślałam, że chociaż tyle będzie z tej porannej godziny. Wykonałam gimnastykę rehabilitacyjną, która jest tak nudna, że zwykle trudno mi się do niej zabrać. Potem zagniotłam ciasto i okazało się, że nie pada, a ja mam godzinkę do następnego etapu drożdżówek. Wyszłam zatem. Przed domem zakwitła pierwsza jeżówka, a trening zaczął się przyjemnie. Rześkie powietrze po deszczu, mokra nawierzchnia, ludzie w kurtkach dziwnie patrzyli na mój krótki rękawek, ale wcale nie było mi zimno. Moja słaba kondycja nawet w marszu rozgrzewa mi ciało i zaróżawia twarz, więc już po chwili biegu było mi gorąco jak zawsze. No i zaczęło padać, na szczęście nieznacznie. Pomyślałam, że choćby nawet to bardzo nie zmoknę. Obecni...

taras pomidorowy

Nowy tydzień, nowa trasa. I troszkę dłuższy dystans. Ustaliła się też moja pora na bieganie. Wstaję 5:30, lekko marudzę w łazience i przed szóstą kończę już rozgrzewkę. Dziś słońce nie spotkało mnie na drodze. Pochmurny poranek, ale nie padało. Powietrze nie przyklejało mi podkoszulka do ciała i było cudownie czym oddychać. Gdy biegnę, zdaje się, że nie myślę o niczym. Ani o niezałatwionym jeszcze wyjeździe, ani o ślimakach w ogrodzie, o pracy i innych kłopotach. Raczej mój umysł biegnie ze mną, skacze luźno po napotkanych pięknościach świata, zachwyca się kwiatami przy domach, zapachami, wymyśla mijanym ludziom życiorysy. Popołudniami lubię natomiast przesiadywać na pomidorowym tarasie. Wszystko jeszcze zielone, ale wkrótce wkradnie się tutaj trochę czerwieni i złota.