Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą definicje

Zwątpienie

Czasem zapominam dlaczego, nie można prowokować tego stanu. Już samo przyznanie sobie prawa do zwątpienia powoduje, że ono naprawdę się pojawia. To jak wejście na elipsę, pierwszy krok. Trudno zejść z linii, zwłaszcza wtedy, gdy zataczam krąg po tej najbardziej oddalonej od centrum części. Obiecałam sobie spokój. Nieliczenie czasu, doświadczanie go w sposób jak najmniej aktywny. Moje ciało żebrało o takie lenistwo. Nie, chyba złe słowo - to nie lenistwo wcale. To zwalnianie wewnętrznych napięć. Luzowanie napiętych szwów dni roboczych. Masaż nadwyrężonych ścięgien spraw. Może zdrowieję, bo zaczyna mi się wydawać, że traciłam w tym tygodniu czas. Gdy już poczułam się lepiej, zamiast bawić się miękkością i kolorami włóczek, może warto było nadgonić zaległości w kwestii szafowych uporządkowań? Powinnam lodówkę umyć, zapasy zamrażarkowe uzupełnić, spakować za małe ciuchy dziewczynek. Ze spraw przyjemniejszych miałam zdjęcia archiwizować, obejrzeć szóstą serię "Gotowych...", wymyś...

brąz

Prywatna terapia kolorem. Pakiet ekskluzywny. Dzisiaj - brąz. Cel - budowanie wiary. Nie doceniają go. Szary, bury, nijaki. Taki brunatny jak napęczniała od wilgoci ziemia. Matowy jak niezzieleniałe strony kory odwiecznych drzew. Od natury do pordzewiałych metalowych rur, od barw zwierzęcych sierści do głębi piwnych tęczówek. Rozieńczony w złoto, skoncentrowany w heban. Mój seans zawiera różne poziomy brązu: beż cieplastej wygodnej kamizelki (coś dla ciała), ceglasty kubek doprawionej do smaku mlekiem aromatycznej kawy (coś dla zmysłów), czekoladka z orzechem (coś dla endorfin), szybkoschnący lakier do paznokci w odcieniach nasyconego brązu (coś dla próżności) oraz zdefiniowany na dziś kasztanowy kolor czcionki w edytorze (coś dla oczu). Wychodzi mi tak: brąz - kolor wiary. Ciepły, spokojny, bazowy, kolor z tła. Błyszczą na nim turkusy i jaśnieją beże. Powszedniość lub elegancja. Natura. A z tą wiarą - to każda. Od zadeptanych klęczników po skrzyżowane dechy nad ołtarzem. Od rudyc...

bezsilność

Myśli zamykają mnie w świecie zaplanowanym. I każdy krok jest określony. Ma swój cel, wyznaczony termin, ma powód, jest i przyczyna, a wszystko tak poukładane, aby maksymalnie zintesyfikować działania i oszczędzić czas, energię, kasę, czy fatygę chociażby. A tymczasem - moje ja potrafi się otworzyć na Nowe dopiero wtedy, gdy nie mam czasu na przemyślenia. Nie lubię być zaskakiwana. Nienawidzę niespodzianek, nawet tych miłych. Gorzej. Według mnie takie pojęcie jak "miła niespodzianka" nie istnieje. Z definicji bowiem należy do zaskoczeń, a zaskoczenia zawsze przynależą do ciemnej strony mocy. Barkuje mi na to czasu. Muszę szukać minut, gorączkowo, spiesznie i zawsze kosztem czegoś. To pycha własna, pozycja numer jeden na liście siedmiu wspaniale potężnych, lubi utwierdzać mnie w przekonaniu, że to ja sama jestem demiurgiem własnego świata. Gdyby tak było rzeczywiście, jestem pewna, że pozostawałabym zamknięta w tym doskonale zorganizowanym grafiku układu skomplikowanych sp...

oczami Tasi

Oto my. Wspaniała pożywka dla psychologów. Chyba jestem najbardziej pod sufitem...

syndrom skrzypka na dachu

Co jakiś czas się na to nabieram. I teraz właśnie znowu mnie naszło, bo wymienił mi się długopis w pracy. Tak miękko pisze, niebieści mój podpis, co to był ostatnio czarny, lekko zamazany przez kończący się tygodniami wkład. Jakie to marnotrawstwo potencji tak niebieścić podpis tylko. Gdyby był to sprzęt domowy, albo lepiej – osobisty, torebkowy, gdybym tak jeszcze nabyła jakiś zgrabny kajecik, najlepiej nieduży, wyrywalny, w twardej okładce, nietuzinkowy…ach! Kilka razy w takich chwilach pobiegłam, wymieniłam drobne na złudzenia przyszłych zaangażowań. Obiecałam, profilaktycznie nie sobie, kilka pozytywnych „ości” świata: cierpliwość, systematyczność, wytrwałość… Nic nie zmieni moja wizyta w papierniczym i wybór najlepszego w danym humorze i stanie ducha pisadła czy kartek. Nie potrafię poradzić sobie z zejściem z dachu, na który nie wiem po co wlazłam. Gdybym miała, gdybym była, gdybym, gdybym… szkoda pisać.

niezrobienia

Jestem perfekcjonistką w tłumaczeniu sobie własnych zaniechań. Podaję realne przyczyny niezrobień, rzeczywiste powody odłożeń w czasie. Bo nie to, że nie mam pomysłów. Mam. Ale cóż, skoro zawsze jest czegoś za dużo i/ lub czegoś nie dosyć. W ciszy - nadmiar spokoju, w życiu - deficyt spokoju. I jeszcze ta obfitość rzeczy przy niedostatku tych właściwych... Późnymi wieczorami, gdy moje dzienne role odpoczywają w szafie oficjalnych kostiumów, darowany mi czas przepuszcza się przez palce niedopracowań. Wpatrzona w biel monitora wiem doskonale, co chciałabym napisać i dlaczego właśnie tym razem nie mogę.

zaangażowanie

Czy zawsze jest ważne, z czego wynika? Tuż przed snem postanowiłam przełamać środowy schemat. Na moim prywatnym barometrze zachowań środa jest takim małym piątkiem. Znaczy koniec środka tygodnia. Jest szczytem schodów - od tej chwili można tylko powoli iść w dół. Jest momentem zatrzymania i trudnego niekiedy rozliczenia tygodnia. Krzywa spada. Gdybym na wydruk działań tygodniowych nałożyła siatkę osobistego w nich zaangażowania, pewnie nie miałabym wiele do powiedzenia w szafie z mikrofonem. W tym tygodniu, w poprzednim, no i niestety w poprzednim też. Dla odmiany postanowiłam zrobić sobie przystanek na szczycie w rzeczywistym punkcie środka dnia, ostatnie godziny pierwszej połowy tygodnia grzecznie spędzając na pełnym zaangażowania czytaniu niekończących się tabelek i wykresów. Nawet kawa wyjątkowo mi wystygła obok różowych tulipanów. Dzisiaj będę akuratna, zapracowana, zaangażowana itd. Może się uda.