Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą ogródek

lilie

Lato w pełni, ale to dziwne lato. Poprzesuwały się terminy. Coś zakwitło później, coś szybciej, a inne wcale. Zginęło. Zmęczona już nieźle, choć szczerze powinnam przed sobą przyznać, że w sumie nie wiadomo czym zmęczona, czekam na urlop. Ale on też będzie z wielu powodów dziwny. Upajam się moim domem, ogródkiem. Sporo czytam, choć nie tak wiele jak bym chciała. Przysiadam na tarasach lub na balkonie, rozmyślam. Jakoś mniej niż zawsze zajmują mnie czynności rękodzielnicze. Pewnie na to przyjdzie czas jesienią lub zimą.  Trochę się pozmieniało u mnie lub to ja się zmieniłam. Z niepokojem odsuwam od siebie myśl, że w sierpniu trzeba będzie wrócić do pracy. I znów pojawią się wyzwania, podczas gdy jeszcze nie uporałam się ze swoimi demonami. Na pierwszym zdjęciu biała lilia orientalna. Pierwszy raz w moim ogródku. Miała nie pachnąć, bo nie cierpię zapachu lilii, chociaż bardzo mi się podobają. Pierwsza zakwitła ta różowa, opisana jako azjatycka. Urocza i faktycznie bezzapa...

cały mój kosmos

Ach, sobota, leniwa sobota. Niby dużo do roboty, ale każdy w swoim tempie ogarnia  kawałek wszechświata. Póki co myślę o tym siedząc na ogrodowej huśtawce i bosymi stopami smyram sobie po trawie, lekko wilgotnej po deszczu. Na śniadanie dostałam gofry z pudrem, a wcześniej kawę do łóżka. Czyż można lepiej zdefiniować poranne momenty szczęścia? Mija lato i natura obiecuje najlepszą dla mnie porę roku. Upycha wszystkie kolory pod skórki owoców i warzyw, wydobywa ukryte barwy spod zieleni. Chociaż ciepło, przyjemnie się otulić szydełkową chustą, jeszcze dziurkowaną, letnią. Dla mnie rok zaczyna się od września, czyli za moment. Zawsze wtedy mam ochotę ulepszać sobie życie, wyznaczać nowe cele, choć im jestem starsza tym bardziej staram się przed tym powstrzymywać. Będzie co będzie.  Ale po staremu siedzę, huśtawka mi skrzypi, ból głowy przechodzi po tabletce, a w myślach klaruje się sam z siebie ogólny plan na jesień. 

byle do weekendu

Zabawne, czekam na weekend. Zwykle chodziło po prostu o siedzenie w domu. Tymczasem pozostaję w domu już trzeci tydzień, w tym pierwszy pracując zdalnie. Ostatnie cztery dni były dla mnie trudne, a i dzisiejszy pewnie nie będzie lepszy. Wieczorami jestem tak wykończona, że nawet na czytanie nie mam siły. Nigdy mi się nie zdarzało nie być w stanie doczytać rozdziału, a teraz - nagminnie. Wszystko chyba przez to, że dzień pracy w domu przeciąga się do późnych godzin wieczornych. Staram się być uczciwa w rozliczeniach czasu, więc przerwy konieczne na sporządzanie śniadań, przytulań, tańczeń i sprawdzanie zadań, odpracowuję wieczorami. Marzę o odrobinie odpoczynku, o ogródku. Mam kilka kwiatków do przesadzenia w domu. Liczę na słońce na balkonie w najbliższym czasie, gdzie chociaż z rana mogłabym przysiąść na chwilę z poranną kawą, jak dawniej. Do weekendowego wypoczynku chętnie dorzuciłabym zatem porządki, aby balkon był gotowy. I okna... strach pomyśleć. Oraz pewnie zakupy na kolej...

frustracje

Tam na zewnątrz szaleje wiosna, a może powinno się powiedzieć, że króluje, przechadza się w koronie. Nie jest mi do śmiechu. Wyszliśmy z jednej infekcji, a teraz miałam już wrócić do pracy. I niby wróciłam, ale pracuję z domu, a sama mam zapalenie zatok, no i oczywiście sezon pyleń w pełni. Nudy nie ma. Zwykle byłam medyczną panikarą. Dziwne, teraz jestem spokojna w moim zaniepokojeniu. Jakoś nie rodzą się we mnie pytania eschatologiczne. Mimo to nad kilkoma sprawami się zastanawiam. Co mi to ma powiedzieć, że wskazane jest ograniczenie kontaktów? W moim przypadku akurat każdy zawsze sugerował coś przeciwnego. W ogóle nie jestem kontaktowa, w sensie tym bezpośrednim. Bardzo rzadko się spotykam, choć utrzymuję sporo kontaktów. Gdyby wirus rozprzestrzeniał się online, byłabym zarażona w pierwszych jego minutach panowania na ziemi. Niektóre konwersacje nie mają początków i nigdy się nie kończą, permanentny dyskurs bez powitań i sygnalizacji zmiany tematu. Ale w świecie rzeczywisty...

przesilenie wiosenne

Skrada się wiosna do domu, z ogródka mi włazi oknami. Słońce coraz dłużej po wschodniej stronie domu i coraz więcej po zachodniej. W moim pokoju, dla którego nie mam jeszcze nazwy, na parapecie kiełkują nasiona, a na półce do spraw pilnych i systematycznych ukorzeniają się pelargonie. Czas na chwilę przystanął, na godzinkę pewnie. Mała śpi. Zawsze wtedy nie wiem za co najpierw się zabrać. Paradoks taki. Niby zdarza mi się marudzić, że gdybym tylko mogła to bym zrobiła to czy tamto, albo skończyła, albo zaczęła, no i jak wiele bym chciała, a jeszcze więcej muszę, a jak mam na to czas - przysiadam: na fotelu wśród książek, na kanapie z widokiem na zamknięte pączki magnolii, przy oknie w kuchni zapatrzona w przyszłość. I nie skreślam z listy kolejnych wykonanych pozycji. Kiedyś uważałam, że to nieoczekiwane i krótkotrwałe problemy z realizacją swoich zamierzeń. Dawniej nie miałam problemu z konsekwencją, stąd sądziłam, że mi to minie. Ale w pewnym momencie przymiotniki zniknęł...

rośnie

To oczywiste, że mi odbiło. Cztery rodzaje pomidorków koktajlowych, truskawki i poziomki oraz gazanie, pelargonie, begonie i koleusy, wszystko w postaci nasionek z nadzieją złożonych w wilgotnym podłożu mieszka w moim pokoju na parapecie. Niektóre już wzeszły, mimo zapewnień na opakowaniach, że wschodów spodziewać się można za około 2-3 tygodnie. Później się zastanowię, co z tym wszystkim zrobię, ale jak znam życie - nie będę miała problemów, aby to rozdysponować. Tak sobie umilam czas, jak mała zaśnie, co nie zdarza się często, z różnych względów. Ale ten tydzień był trudny, pod znakiem walki z wysoką temperaturą i w sumie w oczekiwaniu, co się wykluje. W poniedziałek wykluczyliśmy grypę (nie byłam świadoma, że są już na to testy) i stanęło na tym, że to po prostu rodzaj wrednej infekcji górnych dróg oddechowych. W czwartek lekarz stwierdził zapalenie oskrzeli, które już w zasadzie przechodzi na płuca. A dziś, w sobotę, na szczęście jestem pewna, że antybiotyk zadziałał, bo gorą...

styczeń

Hura, siedzę w domu! Cały dzień urlopu! Ok, może nie cały, bo w sumie wzięłam dzień wolny nie na posiedzenie w domu, ale po to, by coś załatwić, no i zasadniczo nie siedzę, bo od samego świtu kręcę się to tu to tam, a robota i tak mnie znajduje. Ale właśnie usiadłam na chwilkę na kawkę. Potem jeszcze kilka spraw ogarnąć, no i w miasto załatwiać resztę. Ależ mi dobrze! Prania, obiad i inne takie - mogę być w domu zaganiana! To i tak wymarzona "nuda" w porównaniu z pracą tak zwaną zawodową. Mogłabym tak pracować w domu, mogłabym nie silić się na "karierę", zdecydowanie wystarcza mi bycie żoną i matką. Zwykle po około 3 dniach takiego pobytu w domu jakoś mi przechodzi, ale dziś o tym nie pamiętam. Teraz radykalnie - kura domowa to moje przeznaczenie. Polubię nawet prasowanie - serio! Przebiśniegi w ogródku od frontu wyglądają tak od początku stycznia. No i zapomniany hiacynt, którego przeoczyłam widocznie, gdy późną jesienią robiłam ogrodowe przeprowadzki....

o niczym

Sobota, lekkie popołudnie, jeszcze jest nadzieja na udane popołudnie, pracowity ranek już minął. Odpoczywam po trudnym tygodniu, niezwykle intensywnym. Jestem sama, nie licząc śpiącej córki, siedzę przy komputerze, co mi się ostatnio w domu nie zdarza. Wszystko mi się zbiera na parapetach do kwitnienia, ogródek, taras i balkony szaleją. Jest czym oczy cieszyć i za co dziękować. Zwłaszcza w kontekście mojego trzydniowego urlopu, który spędziłam w poczekalniach, recepcjach, wisząc na telefonie do zapisu na styczeń, rzadziej na listopad. Tyle zabiegów, aby wszystko było pod kontrolą. Poczekalnia to dziwne miejsce, a taka w szpitalu przed badaniem szczególnie. Pięć osób zapisanych na jedną godzinę, czekamy na wywołanie, lekarz decyduje o kolejności pacjentów. Znużenie pielęgniarek, chłodny profesjonalizm specjalistów, spłoszone spojrzenia pacjentów.  Nie wiem po co zawsze przychodzę wcześniej. Mam przy sobie książkę do czytania, smartfona ze wszystkimi znajomymi i nieznajomymi ...

Kwiaty mojego ogródka

Ten post będzie kolorowy jak początek sierpnia w moim ogródku. Chcę zatrzymać takie obrazy na późną jesień, gdy barwy zblakną i oddadzą prym brązom. Uwielbiam je, te moje kwiaty z ogródka, wszystkie z nasion. Każde kiełkowanie wzbudzało mój zachwyt, każdy pączek, a kwitnienia to niemal ekstaza. Jestem trochę chaotyczna w wyborze, nie tworzę kompozycji, szaleję z kolorami, ale to wszystko przez pierwszość tych wysiewów i nasadzeń. Jeszcze się przekonuję, co lubię, co pasuje, co jest odpowiednie do warunków, które mogę zapewnić. Już wiem, których roślin w przyszłym roku u mnie nie będzie i szukam nowych do spróbowania. Uczę się, kwiatów i siebie.

Słoneczniki

Potrzebuję rankiem chwili zatrzymania, jeszcze przed ruszeniem na przód. Takie w pół kroku, w piżamie, przy oknie najlepiej. Wstaję wcześniej, abym mogła cokolwiek leniwe pokłapać na schodach, tu listek urwać, tam rozetkę pochwalić. Śmieję się ze snów, wspominam wczoraj, sprawdzam najbliższe godziny w kalendarzu. Pół godziny na rozruch. O, takie dzisiaj: nad ranem padało, kawę piję, a włosy schną mi od dzisiejszych planowań. Coś do załatwienia po pracy, drobiazg, choć z kategorii upierdliwych -  jestem dobrej myśli. Wczoraj spotkałam przypadkiem kogoś dawno niewidzianego. Miłe wzruszenie. Wieczorem idę pierwszy raz w nowym miejscu i pierwszy raz od ponad trzech lat na zajęcia sportowe. Oczekiwanie, odrobina ekscytacji pomieszana z obawą. W czwartek ważny dzień.  Dalej nie sięgam. Pomyślę jutro. Jeszcze teraz kilka chwil na zachwyt. Ech, życie. Dziś uwielbiam poranki, sierpień i słoneczniki.

nienatychmiast

Rozmawiałyśmy o wakacjach, o czasie wolnym po pracy, o odpoczynku. Chciałam koleżance odpowiedzieć dowcipnie, jaki to będę miała "idealny" czas w domu po południu i zaczęłam opisywać, co będę robić wiedząc, że właśnie na to na pewno nie znajdę tak spokojnej chwili, jak bym chciała. Chociaż to, co bym pragnęła akurat robić to naprawdę nic szczególnego. Po prostu kawa w ulubionej filiżance na balkonie, ugotowanie w spokoju zupy dla rodziny, przeczytanie ze dwóch rozdziałów książki z nogami na sofie, aby odpoczęły nogi. Oprócz tego leniwe, a nie pospieszne czynności przygotowawcze: małe prasowanie, jedno pranie, podlanie wszystkich kwiatów. Gdyby jeszcze czasu trochę starczyło na komputer albo chociaż smartfon - o, to by było idealnie.  I to wszystko było ironicznie, bo przecież tak się nie uda. Nigdy się nie udaje - myślałam z przekąsem. Zawsze w pośpiechu, gorączkowo, z dzieckiem przy nodze, rozpraszana zagrożeniami i dziecięcym znużeniem, a może też potrzebą wyłączności...

barwy

Trudno mi się powstrzymać. W mojej duszy nie jest tak kolorowo jak w ogródku. W chwilach wykradzionych codzienności, przy wszelkich możliwych okazjach, biegnę tam z aparatem. Kolekcjonuję barwy na potem. W ogóle całkiem mi odbiło, zwariowałam i mam nadzieję, że tak już zostanie. Wszystko w kwiatach, w kolorze. Nie tylko ogród, ale i parapety w domu. Wykluwają się z liści kolejne fiołki, a wciąż jestem nienasycona! Kupiłam też siewki skrętników i czekam po raz pierwszy na te przedziwne kwiaty. Pokażę je, gdy zakwitną.

białe rododendrony

Nie mogę się powstrzymać. Bo one zaraz przekwitną, znikną, zapomną się w plikach na dysku lub w telefonie. Będą kolejne, czerwone, amarantowe, okazalsze i bardziej strojne. Ale mnie wzruszają właśnie te, białe, po prostu białe. To nie tak, że pozbawione są barwy. Ich kolor to nadzieja na wszystko. Są barwą każdą, czystą. Tak na to patrzę. Zabawne zresztą jest to, że obecnie nie mam ulubionego koloru. Kiedyś takie pytanie było popularne, prawda? I mówiłam różnie, a to niebieski, a to zielony, czarny oczywiście zawsze.  Potem ważne było do czego to ulubienie. Bo inne ciuchy, inne kwiaty, ściany czy szpargały. A teraz mój ulubiony kolor to różnorodność i żadna barwa nie dominuje u mnie ani w domu, ani w ogrodzie. I powoli nawet z szafy znika czerń ustępując miejsca kolorom.

Tulipany

Chciałabym coś napisać o sobie i tym jak mi upływa czas, ale każda próba to takie banały, frazesy, nic godnego uwagi. Same frustracje, w sumie negatywne odczucia i wieczna niepewność, przeradzająca się już w obojętność. Tylko ogródek ma moc pocieszania mnie. Wszystko nieustannie się odradza. Złamane zamiera, ale wypuszcza pęd bokiem. Wysiane wschodzi. Zagubione znajduje się. Magnolia przekwita i okrywa się zielenią. Cebule rodzą tulipany. Z tego powodu ta wiosna nie jest tak zupełnie bez sensu.

Żal

Znowu mnie zachwyciło drzewko magnolii. Czekałam na te kwiaty całą zimę. Chciałam oczy cieszyć i duszę. Obiecywałam sobie wielokrotne momenty niemej adoracji. Nie bardzo się udało, niestety. Obserwowałam pąki przez wiele dni. Tuż przed jest zawsze najbardziej ekscytujące. Aż w końcu zaczęły się otwierać, od wierzchołka drzewa zaczynając. Kilka razy zdarzyły mi się poranki w szlafroku i z kawą. Stałam w salonie wpatrzona za okno, gdzie świt budził kwiaty. W tym roku czułam też ich zapach. Dotychczas sądziłam, że są bezwonne. Ale teraz wiem co to delikatność. Zapach jest tak subtelny jak barwa kwiatów. Było jednak chłodno i popołudniami nie mogłam siedzieć na balkonie wśród kwiatów. Od dwóch dni wiatr przynosi zmiany i pewnie zaraz będzie ciepło. Ale ... zabiera też płatki. Aż żal patrzeć. Tak krótko było cudnie. Myślę, że generalnie mam tak w życiu. Wszystko, dobra - przesadzam, wiele z tego, co otrzymałam, zaraz mi odebrano. W każdym razie w tym roku magnolia jest symbolem mojego żalu ...

ogródek we mnie

Dobrze jest czasem się zatrzymać w pół kroku, choćby przy oknie, z firanką niedosłoniętą, nad pozostawionym  na parapecie kurzem. Kilka minut, jeśli można nie biec dalej, jeśli dane jest wniknąć pod powierzchnię rzeczywistości. Darowany tydzień w domu za dnia, marudne kilka dni z termometrem, inhalacjami, drzemkami przerywanymi szlochem i nocą z wiecznie zapaloną lampką na parapecie. Nie, nie, wcale się nie skarżę. To życie, jestem już nauczona, żłobek, jesień, infekcje - norma. Nie zadaję niepotrzebnych pytań. Zwyczajnie - dziękuję. Że mam dla kogo być zmęczona i dla kogo wstawać w nocy. Że raczej uda się bez antybiotyku. Że raczej nie wyrzucą mnie z pracy za te kilka dni zwolnienia. Że mimo wszystko znalazłam kilka chwil dla siebie na przemyślenia. Jest we mnie jeszcze kilka kolorów, niespodziewanych niekiedy. Nie jestem wiecznie zielona, ale już przeklęta życiowa mądrość podbarwiła mi radość fioletem, różowym niekiedy. Czy tak łatwiej znosić cierpienie to nie wiem, ale pr...

3 w 1

Gdyby ktoś się mnie pytał, jak się czuję czy coś, to raczej nie byłaby to rozmowa optymistyczna. Ale na szczęście nikt nie pyta. Aktywizują się za to współpasażerowie niedoli z pracy wyrażając swoją (o dziwo) radość z mojego bliskiego powrotu. Może to forma podniesienia mnie na duchu, a może stanowię po prostu zapowiadaną wrześniową atrakcję. Tymczasem w domu mam zoo. Pies wiadomo - od czterech lat. A teraz doszedł królik karzełek tzw. baranek. Należy do średniej córki. Ale radość daje każdemu. Nikt z nas nigdy nie miał królika, to nasz pierwszy. Nieźle kica sobie po trawie, panienka królica. Najstarsza córka zapragnęła znowu mieć szczurka. Nie lubię tych zwierząt, do ręki nie biorę i zasadniczo mogę obserwować je tylko w klatce. Raz kiedyś mieliśmy szczura, żył prawie dwa lata. Nie zdążył mnie oswoić. Tym razem są dwa, jaśniejszy na zdjęciu i ciemniejszy. Może kiedyś uda mi się zrobić zdjęcie dwóm na raz. Obie samiczki jakby co. W ogródku króluje jednak papryk...