Skrada się wiosna do domu, z ogródka mi włazi oknami. Słońce coraz dłużej po wschodniej stronie domu i coraz więcej po zachodniej. W moim pokoju, dla którego nie mam jeszcze nazwy, na parapecie kiełkują nasiona, a na półce do spraw pilnych i systematycznych ukorzeniają się pelargonie. Czas na chwilę przystanął, na godzinkę pewnie. Mała śpi. Zawsze wtedy nie wiem za co najpierw się zabrać. Paradoks taki. Niby zdarza mi się marudzić, że gdybym tylko mogła to bym zrobiła to czy tamto, albo skończyła, albo zaczęła, no i jak wiele bym chciała, a jeszcze więcej muszę, a jak mam na to czas - przysiadam: na fotelu wśród książek, na kanapie z widokiem na zamknięte pączki magnolii, przy oknie w kuchni zapatrzona w przyszłość. I nie skreślam z listy kolejnych wykonanych pozycji. Kiedyś uważałam, że to nieoczekiwane i krótkotrwałe problemy z realizacją swoich zamierzeń. Dawniej nie miałam problemu z konsekwencją, stąd sądziłam, że mi to minie. Ale w pewnym momencie przymiotniki zniknęł...
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)