Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą przemiany

przesilenie wiosenne

Skrada się wiosna do domu, z ogródka mi włazi oknami. Słońce coraz dłużej po wschodniej stronie domu i coraz więcej po zachodniej. W moim pokoju, dla którego nie mam jeszcze nazwy, na parapecie kiełkują nasiona, a na półce do spraw pilnych i systematycznych ukorzeniają się pelargonie. Czas na chwilę przystanął, na godzinkę pewnie. Mała śpi. Zawsze wtedy nie wiem za co najpierw się zabrać. Paradoks taki. Niby zdarza mi się marudzić, że gdybym tylko mogła to bym zrobiła to czy tamto, albo skończyła, albo zaczęła, no i jak wiele bym chciała, a jeszcze więcej muszę, a jak mam na to czas - przysiadam: na fotelu wśród książek, na kanapie z widokiem na zamknięte pączki magnolii, przy oknie w kuchni zapatrzona w przyszłość. I nie skreślam z listy kolejnych wykonanych pozycji. Kiedyś uważałam, że to nieoczekiwane i krótkotrwałe problemy z realizacją swoich zamierzeń. Dawniej nie miałam problemu z konsekwencją, stąd sądziłam, że mi to minie. Ale w pewnym momencie przymiotniki zniknęł...

moje drzewa

Stoję z kubkiem herbaty przy kuchennym blacie pod oknem z widokiem na wierzbę. Obok lipa, złapała już trochę słońca w liście. Wiele wskazuje na to, że to ostatnia moja jesień przy tym oknie. Zabawne. Nie ja wybrałam to miejsce, niby go nie kochałam. Ale może to miejsce oswoiło mnie? 17 lat prawie. Skarżyłam się wierzbie, żałowałam jarzębin, a lipa podsumowywała moje marzenia. Nadszedł czas na pójście dalej. A jakby żal. Sama nie wiem. Może to tylko przez zasiedzenie? Będę przecież w pobliżu jeszcze przez jakiś czas, naprawdę bardzo niedaleko. I niewiele się zmieni, tylko wierzba na dąb, tylko zachód na wschód. Nadal będę chodziła z psem pod kasztanami i z dzieciakami po parku, choć pewnie wkrótce fontanny przestaną działać.  Nielogiczna jestem, emocjonalna, banalna. Bo i żal, i chciałabym odejść stąd dalej. Skoro zostawiam to chcę kategorycznie, na zawsze, gdzieś bardziej. Nie tylko kierunki świata zmienić, ale świat, nie widok jedynie a istotę.  Znam siebie i w...

czas nijaki

Byłam dzisiaj przypadkowo na Nowym Świecie. Akurat odbierałam zamówienie w księgarni i po prostu stamtąd było najbliżej na piechotę do metra. A co tam, pokażę Wam, chociaż moim zdaniem niewiele jest do oglądania. Jeszcze trochę świątecznie, mimo że temperatura na plusie. I szybko mnie wywiało. Taka pora już po świętach, a jeszcze przed wiosną. Czas nijaki, na przeczekanie, na przemyślenia, na podsumowania może. Nie wiem jeszcze, co z nim zrobię. Póki co ogarniam się po zwolnieniu, wracam na życiowe orbity. Już prawie zapomniałam o chorobie, więc jest dobrze. Teraz trzeba tylko przemyśleć, jak formę zmienić, czas nijaki zamienić na jakiś. Niedługo post - dla mnie zwykle czas największych wewnętrznych zmian. I już się cieszę!

gołe badyle

Takie mam nastroje nie bardzo coś. Marazm, beznadzieja. A może by to, a może tamto, e tam, jednak to bez sensu. I takie tam. Wiele spraw do skończenia, zaczętych książek, projektów, a ja siedzę i tępo gapię się nawet nie bardzo wiem w co. Wniosek nasuwa się jeden - zdrowieję! Jeszcze trochę boli, kaszlę i poleguję, ale zasadniczo wraca mój stan normalny. Dochodzi do siebie ta maruda, co się wiecznie skarży, że mogłaby żyć inaczej, ale się nie da. Coś mnie chyba jemioła oblazła, tak sobie myślę. Wyglądamy razem może nawet jakoś, charakterystycznie, malowniczo, tajemniczo. Ale jednak to pasożyt i powinnam zrzucić gada z mojego drzewa, żeby mi słońca nie zasłaniał, soków nie wypijał. Co gorsza, to nawet śmieszne, jemioła jest symbolem zdaje się powodzenia finansowego, czy coś w podobie. Jak to tak wywalić i zdać się tylko na siebie?! Postanowiłam powalczyć ze swoimi jemiołami w tym roku. Co prawda muszę się dość wysoko wspiąć, co grozi upadkiem, ale w końcu trzeba się ty...

w otarciu o banał

Miał to być post o wysokim poziomie listopadowej smętliwości. Nie czuję się najlepiej, gdy tak silnie wieje wiatr, gdy dopadają mnie wyimaginowane potwory za- i przedwyobraźni. Pod kocem mi zimno, przy świecy za ciemno, a żadna książka nie koi, włóczka się plącze. Wszyscy marudzą najbardziej, ale ... nikt jak ja. Dobrze to sobie przemyślałam. To takie usprawiedliwione i bardzo w moim stylu z sufitu - narzekać ponad miarę. Z litością na siebie patrzeć jak na ofiarę, z oczami suchymi po niedawnym otarciu. Naprawdę! Nawet mam zanotowane na karteluszku pośpiesznym z pracy, w notatniku sekretnym pochowane, poskładane, że cała jestem bólem, tym niepotrzebnym oczywiście, niezawinionym. I jeszcze, że najbardziej mnie bolą szkielety słów co padły i co się pomyślały na serio. I że sobie ponaciągałam włókna uczuć, a na koniec samotnie rozsypałam się wśród łazienkowych chusteczek. Może bym nawet dalej pociągnęła w tym stylu, bla bla bla. Ale... Jesień taka piękna była. Kilka dni temu ...

weekendowe oblicza wiosny

Oto wiosna w sobotę na moim spacerze. W sumie zimno, ostre słońce i tylko gdzieniegdzie trochę zieleni. Moje nieumiejętności w zakresie fotografowania pozwoliły jedynie na coś takiego. Ale wiosna już się zaczęła wysilać, nie ma co narzekać. Na parapecie za to dominuje róż i zakupiona świeżo promocyjna begonia z pewnego niebiesko-żółtego sklepu. Soczyste kolory, kruchość płatków i liści, wszystko musi pozostać jeszcze wewnątrz i tylko co najwyżej tęsknie popatrzeć przez okno w stronę zewnętrznego parapetu. A to już wiosna niedzielna, mroźna, przyprószona poranną bielą, którą sukcesywnie do południa eliminowało słońce. Pięknie. Oczywiście zdjęcia tego nie oddają, bo cień, bo aparat, bo ja, wiadomo - prawdziwe wiosenne nieszczęścia.

park duszy

Kilka dni temu byłam na krótkim spacerze w parku. Aura jak w mojej duszy - wtedy, nie teraz.  Badyle przebrane za drzewa, niebo zasnute smętnymi myślami, grafit rozlanego asfaltu w miejscach, gdzie w lepsze dni rośnie trawa. Niby nie padało, niby nie wiało, po prostu bylejakość i beznadzieja. Spotkałam zaledwie kilku desperatów między skostniałymi z zimna ławkami.  I tylko ten anioł... Nie było ludzi, psów i kaczek. No ale to zrozumiałe, gdy nie ma wody w stawie. Moje ulubione miejsce w parku - zaklęty krąg fantastycznych topoli. Uwielbiam na nie patrzeć. Dumne, wyniosłe nad park, doskonałe w swym sięganiu błękitu, o ile oczywiście jest błękit. Bo tym razem nawet topole sięgając niby w górę, dotykały raczej głębi rozpaczy, a nie światła z nieba. Najbardziej jaskrawy kolor, ewidentnie symbol jakiś gorętszych emocji, znalazłam - jaki paradoks - w cierniowych krzaczorach na skraju. Piękne, czerwone, niedostępne lub chociaż ukryte w taki sposób, że ic...

buty do biegania

Kupiłam je. To śmieszne trochę. Takie buty do czegoś. Zwykle miałam po prostu buty, takie dla mnie. A te – są nie tylko przeznaczone na moje stopy, ale też do konkretnej ich działalności. Nadmienię, że to moje drugie buty do czegoś. Te pierwsze buty sportowe są do squasha i … działają! Buty do biegania stoją w dużym pokoju od wczoraj i niezliczona ilość oczek w siateczce, która zapewnić ma moim stopom oddech z każdą mijaną płytką chodnikową, patrzą na mnie pytająco – odważysz się? Nie wiem. Ale posiadanie butów do czegoś jednak zobowiązuje. To bez sensu mścić się akurat na nich, że kiedyś jakieś pantofle mnie zawiodły. To nie fair. Nowe buty – nowa szansa. Nie będę ich zawodzić swoją nieobecnością. Są do biegania, będą biegać. Nie mogę oszukiwać tylu wpatrzonych we mnie ok. I tylko nie mam z kim biegać. To głupie, że sama bardziej się wstydzę, boję. Moje małe demony. To pierwsze, wstyd, pokonam. Kilka barier już przełamałam, np. założyłam sportowy strój i ośmieliłam się ćwiczyć...

chce mi się!

Coś mi się porobiło. W dodatku - zupełnie nie wiem od czego. Całe moje dotychczasowe życie unikałam aktywności fizycznej jak tylko mogłam. W szkole ten przedmiot zaniżał mi średnią i nawet podczas studiów w całej ofercie zajęć ruchowych zaliczających przedmiot nie znalazłam nic dla siebie. Fakt, że może nie dość aktywnie szukałam. Potem sporo jeździłam na rowerze, ale bardzo hobbystycznie. Niby po 20-25 km dziennie i prawie codziennie, ale tylko od połowy czerwca do końca lipca. Zapał w temacie jednak co roku słabnie. W 2012 r. w tym sezonie byłam na rowerze … dwa razy. Wstyd mi, bo bardzo lubię rower. Ostatnia moja przygoda sportowa przydarzyła się w drugiej połowie 2011 r., kiedy to regularnie dwa razy w tygodniu chodziłam na pilates. W lipcu zaczęłam, w grudniu przestałam i tyle było. Ale pomogło wtedy bardzo, a nawet miłość do tej gimnastyki została. Rok 2012 zdominowały inne sprawy i zapowiadało się, że nadal będę sobie pielęgnowała ten antysportowy tryb życia. Od począ...

interpretacja poranka

Zdarzenia po prostu się zdarzają. Wstałam za późno, za mało przygotowałam poranek wczoraj, więc dzisiaj nie zaczęło się niespiesznie. Pijąc kawę w kuchni w rytm telewizyjnych wiadomości robiłam kanapki, ubierałam się, budziłam dzieci i męża, wklepywałam krem na powieki i pod oczy, cerowałam rajstopy, prasowałam kołnierzyki, informując jednocześnie do kogo o której w jakiej sprawie zadzwonię w ciągu dnia (robię za kalendarz, działam jak przypomnienie) oraz co mamy zaplanowane na popołudnie. „Zaplanowane” należy rozumieć jako umówiona wizyta lekarska lub rehabilitacyjna z jednym z dzieci. Dzielnie zniosłam trzecie „już wstaję” męża, trzaśnięcie drzwiami wzburzonej czymś nastolatki w fazie początkowej oraz nerwy kilkulatka z powodu tego, że nastolatka zakładając rajstopy przysiadła nieznacznie na jej łóżku. Zwiały mi trzy autobusy, bo nie przebiegłam na czerwonym przez ulicę. Za to może w ramach rekompensaty siedziałam i w autobusie i w tramwaju, bo akurat podjechał mi taki bezpośredn...

naprawianie

Czasami wydaje mi się, że nie mam nic do powiedzenia. Jestem taka sama jak większość motających się dojrzałych dziewczynek, uwikłanych w życie na poziomie 30-40. Mam typowe problemy, kupuję co rano drożdżówki z takim samym poczuciem winy jakie mają moje równolatki, moje zmarszczki na twarzy nie znikają zależnie od grymasu i zawsze na wiosnę podejmuję nowe wyzwania w stylu – naprawię swoje życie. Co to znaczy naprawię? Żeby coś naprawić, to coś musi być najpierw popsute. Zaczynam zatem od redefiniowania pojęć. Prawda jest taka, że nie ma czego naprawiać. Zawsze jest na co narzekać, ale w sumie bardziej musiałabym dziękować. Mam jednak wrażenie, że najbardziej obciążają mnie – nazwijmy to – koszty uzyskania przychodu. Jestem wdzięczna za wszystko co mam. Nie zamieniłabym na nic innego, przynajmniej tak mi się wydaje. Ale… i posiadanie kosztuje, nie finansowo, chociaż też oczywiście, ale bardziej chodzi mi o koszty duchowe, psychiczne, tego typu. Coś, co niektórzy określają mianem „...

pierwsza wiosna od dwóch lat

Dobrze, więc powiem, jak wiosna włazi mi przez balkon. Na dole obfitość bzów, białe, fioletowe. Tylko dla porządku wspominają mi ogród moich dziadków, tajemniczy, zaczarowany prawdziwie przez moje dzieciństwo. Tak naprawdę te osiedlowe bzy tylko gatunkiem podobne są do tych przekwitłych, ups już kilkadziesiąt lat temu. Oprócz tego  - wierzba. Ogromna, zielona, brudząca chodniki po swojemu. O wiele bardziej eleganckie, choć nudne o tej porze roku jarzębiny. I wieczna przedpołudniowa walka cienia ze słońcem. Jak tylko jestem w domu, obserwuję jak jasność wygrywa, jak po centymetrze z uparem podpełza do mojego balkonu, by wysuszyć mi ręczniki. Od poniedziałku siedzę w domu i każdego dnia zajmuję się innym aspektem mojego życia. Dziś nie leżę pod kocem (poniedziałek), nie sprzątam i nie gotuję (wtorek), nie szyję (środa). Dziś piszę. Otwieram kolejne pliki w komputerze, te, do których nie zapomniałam haseł. Sprawdzam, co myślałam kiedyś, czego nie dopisałam, jak kłamałam. Sprawdzam c...

sama nie wiem

Znudził mi się blog, jak widać zapewne od dawna. Nie wiem już, jakie znaleźć dla niego przeznaczenie. Ktoś poradził mi, abym nie pisała tak na blogu, bo ktoś to może przeczytać przecież i wykorzystać. Nie wiem, co prawda, no ale może i może. Zdjęć mało, raczej nie zamieszczam, oczywiście też uprzedzona, że lepiej tego nie robić. Nie robię. Więc po co mi to wszystko? Ani zdjęć, ani słów. Nie mogę się wypisać, ani nie skoncentrować myśli w poście jak wiśni w słoiku. To po co? O hobby. Jasne. Ale którym, no i w końcu też po co? Niby nie mam kompleksów z tego tytułu, ale nie ma po co takiej średnizny publikować. Rzesze bloggerek cudowniejsze swetry dziergają i super ciuchy szyją, gdzie mi tam się pchać z fotami, opisami... I coraz rzadziej patrzę na świat jak z sufitu. Tylko mnie dziwi, czemu jeszcze zostało kilka osób, które obserwują tego bloga. Przecież ja nic nie dodaję. Po blogach nieczęsto chodzę. Więc z czego to wynika? Niezręcznie mi prosić o usunięcie z listy obserwowanyc...

Stany okołofryzjerskie

Na początku jest stan przedfryzjerski, kiedy to wiadomo, że iść trzeba, przydałoby się, wypada. Bo to i cięcie potrzebne, i odmiana jakaś, kolor i uśmiech na twarzy. A może nawet poczytać sobie można niezobowiązująco, przypadkiem, niespecjalnie i nie z ciekawości, ale tak mimochodem (w poczekalni raczej mimosiadem). Stan przedfryzjerski trwa i trwa, aż przeciągnięta do granic cienka nitka gumy czasu pęka nagle, a wtedy wiadomo, że to już czas, by przedfryzjerski stan przemienić. I siebie przy okazji. I oto tak, jak nie było wcześniej spieszno, tak teraz nagle zaczyna być pewne, że to stać się musi natychmiast najlepiej, od razu dzisiaj, za minut pięć, na tej ulicy, już. No i lipa, nierozkwitła zresztą, zmarznięta nawet. Już i na tej ulicy to można sobie co najwyżej hamburgera kupić albo szybciej nawet bilet w automacie. W drodze do domu wzrok sam ślizga się po szyldach, z rezygnacją oczywiście. Bo tak pomiędzy dzielnicami codziennych obecności to jakoś nijako do fryzjera iść. Mało ...

w poszukiwaniu zdrowia

Siedzę w domu - chora jestem. A w zasadzie nie siedzę. Ostatnie 4 dni albo leżałam albo łaziłam na żebry do przychodni, żeby mnie ktoś obejrzał, posłuchał itd. Nie to, że czułam potrzebę. I wcale nie miałam na to czasu ani siły. Poszłam ze strachu. No i dlatego, że nieodżałowany jeszcze abonament w prywatnej służbie zdrowia zadziała dopiero (co za ironia) od lutego. Ciekawe, czy wtedy będzie mi lepiej. Chciałabym, aby i wtedy zadziałała ironia, tj. żebyśmy od lutego wszyscy zawsze byli zdrowi. Będę bulić. A teraz sobie tydzień jeszcze posiedzę. Wszyscy już byli chorzy. Schemat jak z zeszłego roku. Wszyscy po kilka razy. Rok temu zachorowałam na koniec zimy i nie przestałam przed sierpniem. Ale pozostali byli zdrowi. Mam nadzieję, że schemat powtórzy się w tym roku w ten sposób, że po mnie już nikt nie zachoruje aż do jesieni. A na marginesie - jak tak dalej pójdzie, będę musiała zmienić nazwę bloga. Zamiast patrzeć w sufit, wbijam mętny wzrok w niesufit. Narzekam jak zawodowa marud...

"szybko, tramwaj nam ucieka"

Wstałam za późno, bo noc była ciężka i od pierwszego otwarcia oczu wiedziałam, że źle się zaczyna. Myśli same układały mi się w przekleństwa. Niewiele do zrobienia przy braku entuzjamu przeradza się w jednej chwili w wysypisko niepotrzebnych detali, które trzeba przejść w drodze na przystanek. Autobus zwiał - jeden i drugi, więc poszczypałam się trochę z mrozem przez dziurę na kciuku w lewej rękawiczce. Widziałam, jak tramwaj dojeżdża. A wiedząc, że nie zdążę, biegłam tylko dlatego, aby się rozgrzać. Dlaczego poczekał na mnie? Zostawił otworzone drzwi, nie uciekał, w lusterku kontrolował bez zniecierpliwienia, aż dziurawa rękawiczka poprawi spadającą torbę i obejmie metaliczną rączkę. Chciałabym wierzyć, że został mi podesłany, bym zdobyła pewność co do tego, że nie każdy mój tramwaj ucieka. Niektóre czekają, aż dobiegnę. Dziś nie zmieniałam drogi do pracy. Sama się zmieniła. Stukałam obcasami dość rytmicznie, otulona poplątaną nicią troski mojego kalendarza, abym nie musiała wie...

postanowienia

Słońce wstało nad Warszawą, ale dopiero wtedy, gdy zmieniłam poranną trasę do pracy. Podobno wstarczy zmienić jeden element układu, choćby najmniejszy, aby ruszyła lawina przeobrażeń. Nie wiedziałam, czy będzie lepiej. Chciałam sprawdzić, czy będzie inaczej. Na samą tę myśl za zmrożoną szybą poświątecznie pustego tramwaju, nad drzewami mijanego codziennie cmentarza najczystszych idei, nieśmiało zaczęło się niebo odbarwiać z błękitu. Z pierwszym "dzień dobry", które akurat trafiło się równie jak ja zaspanej pani z pocztowego okienka na Świętokrzyskiej, ośmieliłam słońce na tyle, że prawie wierzę w tę zmianę, jaką sugeruje światło. Postaram się nie zapętlać. Nie chodzić w koleinach radykalnego pesymizmu. Uśmiechać się do tej szarej twarzy w lustrze. Wyrzucić kolekcję obaw. Wysypiać się.

Oddzisiaj

Nie była to pierwsza myśl tego dnia, ale przecież kolejność nie zawsze wszystko warunkuje. Pomyślałam zatem, że nastało Oddzisiaj. Oto ten moment, w którym nie tyle wyznacza się granicę między bylejakością Wczoraj i nadziejami związanymi z Dzisiaj, ile po prostu wyznacza się nową płaszczyznę – czasu, miejsca, wymiaru. I bezwzględnie akcentuje się aspekt trwania, a nie punktu przemiany. Nałożyło mi się kilka barw – słoneczna na niebo, błękitna na sweter, pudrowa na obolałą twarz, zielona na myśli i czerwona, tak – zdecydowanie czerwona – na wolę. Oddzisiaj wieczorem nakładać będzie na mnie odmienne przyjemnązki niż Wczoraj. Wymyślą się same, w swoim czasie. Ale podjęłam walkę z bezbarwnością moich spraw. Będę kolorować. Nie chcę być czarno-biała jak na obrazku Tasi. Dlatego wieczorne wyjście do dentysty nazwę sobie na potrzeby dzisiejszego optymizmu różową wyprawą na skraj dzielnicy. I żeby się całkiem nie rozstroić, popijam sobie poziomkową pastel kultury. Oddzisiaj jest kolorowe, choc...

cowiosenne postanowienia

O tej godzinie, za dnia, mam jeszcze zapał do snucia delikatnych nici postanowień. Już za moment, jak tylko wrócę do domu, a stukot moich botków przeminie pomiędzy wielkomiejskimi budynkami, wybrzmi granicę oficjalnej mnie, abym zaczęła się ja, już za moment – wszystko się naprawi. Prawie samo. Nie będzie konieczności udawać, że taka jestem pewna swoich racji. Będę pewna – racji nowych, odkrywczych, świeżutkich i prawdziwych, codziennych, powtarzalnych, a raczej odnawialnych jak … dajmy na to chleb. Nie będę musiała być skoncentrowana na układaniu minut w wieczór, bo on sam nastanie, sam się wykona, odrobi prace domowe wszystkim nam, bez względu na to, kto je rzeczywiście będzie miał. Tylko odrobinę zmęczona podróżą, zbombardowana mijanymi tego dnia znaczeniami, wymienię mundur nudnego oficjera na semantycznie pogmatwaną kreację kobiety, jaką skrycie staram się być. A ubrania, chociaż nie odważyłam się nawet ich znaleźć, po prostu jakoś same zakupią się w mojej szafie. Makijaż, który p...

przelogowanie

A teraz nastąpi moment przelogowania, zmiana systemu. Wystarczy podbiciem karty magnetycznej zdać ten poważny wyraz twarzy, zaciśnięcie ust, zwolnić napięcie szczęk i odobojętnić oczy. W chwili przemiany, po rozsunięciu się szklanych drzwi, przygarbi się moja sylwetka, krok wydłuży, a zajęte do tej pory dotykaniem cyfr ręce, opadną swobodnie, bynajmniej nie bezradnie. Mam kilkadziesiąt minut, aby wpisać się w kolejną aplikację. Otwierają ją zwyczajne klucze, kod do domofonu, przy czym użycie ich zwykle nastręcza kilka organizacyjnych problemów. W jednej ręce chybotliwe siatki bułek, rogalików, szczypiorków, pietruszek, w drugiej zawartość skrzynki pocztowej, osobista torebka, czasem telefon. W tym systemie zawsze następuje cudowne powitanie, a nie zdawkowe „dzień dobry” jak rano. Tutaj pies tańczy dookoła przemoczonych kozaków, silne dłonie małej kobietki odbierają pełne siatki w poszukiwaniu smakołyków, a przeciągłe „mama” stęsknionej dwulatki owija się wokół kostiumu nie z tej bajki....