Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą sen

po prostu dzicz

Wczoraj wieczorem oglądaliśmy sobie dinozaury "na żywo". Dziewczyny chyba bardzo to przeżyły. Młodsza całą noc śniła ponoć o lesie, gdzie musiała przeżyć tylko z naszym psem. Na szczęście to pies polujący, więc udało się jej jakoś zdobywać pożywienie. Łaziła w bujnej roślinności, chowała się przed drapieżnikami, no i musiała strzelać w obronie własnej. Starsza we śnie rozlokowywała w naszym mieszkaniu 38 m2 swoją nieletnią koleżankę z jej chłopakiem, bo po urodzeniu piętnastki dzieci (chyba nie za jednym razem...) nie miała się gdzie podziać. W jej śnie nalewałam zupę do misek i stawiałam je w rządku na podłodze, bo na naszym stole tyle misek by się nie zmieściło. Hm, tak się zastanawiam, może błędem były te dinozaury na noc...

noc, już nie wieczór

Wiatru nie lubię, ale na całą resztę, z drobnymi wyjątkami, przecież mam wpływ. Na przysłonięte okno, na choinkę całą w zielonych lampkach i kolorowych łańcuchach z papieru, na to, jak cudownie wsiąknęła mi w ręce rozsmarowana miękkość kremu, na wyłączony telewizor, na szum pralki, parę nad herbatą, na koncentrację oczu w obrębie drucianych ramek. Siedzę, a dochodzę do siebie po zebraniu szkolnym. Nie poruszam się, a mój umysł galopuje sobie po polanach myśli, aż muszę uważać, by mnie nie zdekoncentrował szum traw poruszanych niechcianym wiatrem. Gdzieś na zegarze mija sobie czas, nie muszę za nim gnać - minuty gonią go za mnie. Świeże książki z biblioteki czekają sobie na moje dłonie. Przygotowana piżama szykuje się bez szemrania na założenie, skóra niecierpliwi się na nocny balsam, a prawie cisza sennego pokoju szepcze mi do ucha: jeśli chcesz to przywołaj czas na wypoczynek ciała, na dotulenie poduszki, na nóg zaplątanie, na rozszczelnienie okna, by ten światowy wiatr zgasił zieleń ...

Fault start

Kolory za oknem nie zachęcały do wstania. A jednak, zanim rozdzwoniły się brutalnie budziki, w połowie snu o jakiejś zagmatwanej strukturze, otworzyłam oczy i pomyślałam, że to doskonały pomysł, by ranek rozpocząć inaczej. 5:30. Szkoda czasu na kawę. Gdy poczuję jej aromat, natychmiast przypomnę sobie, że nie jestem w stanie bez niej dojść dalej niż do tramwaju. Zatem tylko założyłam soczewki, zamieniłam piżamę na dresik i dokładnie zawiązałam sznurówki na moich nowych, pierwszych w zasadzie, butach do biegania. Na klatce, zanim zeszłam na dół, obwiązałam sobie nadgarstek lewej ręki czerwoną bandamą, w którą owinęłam klucze do drzwi. Jakoś nie pomyślałam o tym wcześniej, że problemem może nie być wyjść z domu, ale dostać się do środka. Z braku kluczy. A telefon? Jak zabrać telefon? Zawsze rano schodzę z trudem, a teraz zbiegłam po prostu i z ostatniego schodka zeskoczyłam lekko w chłodne miasto. Puste podwórko, ostre powietrze, jeszcze niepozbierane butelki po nocnych spotkaniach...

prysznice

Ciepło. Ale jeszcze moje myśli nie kleiły się rankiem do asfaltu. Prawdę mówiąc, nie kleiły się nawet do siebie, nie zrzeszały w słowa, nie malowały obrazów i nie brzęczały w głowie jak natrętne muchy. Szliśmy sobie razem, ja i gdzieś obok leniwe myśli, niedokładnie obudzone z sennych lasów ucieczek, garści poziomek i jeleni na skraju zagajników. Miasta mi się raczej nie śnią. Te wszystkie betony, stale i sztuczne konstrukcje, zapach wierconego tynku, szlauchy zmywające nocne wymiociny z chodników, pojękiwania przystających pod sklepami zmęczonych ciężarówek i dynadające w dusznej przestrzeni kamienic reklamówki jogurtów i kanapek są aż nazbyt realne, by mogły się śnić. Mimo mocnej kawy oczy mi się przymykają, na niedoskonałości, nieprawidłowości, nierzetelności. Na swoje lenistwo, zanik ambicji, poczucie beznadziejności. Jakie to wszystko ma znaczenie? Chyba dobrze, że planuje się wyjazd, jeden - dwa weekendowe, a potem trzy tygodnie nad morzem. Może podziałają jak prysznice, dając na...

poniedziałek

Taki sobie poniedziałek, poniedziałkowy. Zaczął się jak każdy tydzień, z pozoru nie wygląda szczególnie ani jakoś nieszczególnie, zwyczajnie po prostu. Pogoda niegodna uwagi, motywacja do pracy średnia, wstawało się bez sensacji i w ogóle tak jest nijako. W skali 0 - 10, tej najbardziej z miarodajnych skal, gdzie można docenić każdy odcień szarości, wychodzi mi wszystko tak na 5. Sondażowa nuda. Przeciętność. Beton. Kawa wypita, kanapka zjedzona, ustalona lista zadań, w połowie już odfajkowana, chociaż dopiero 10. Wieczór urozmaici mi wizyta u dentystki. Dom nawiedzą panowie od liczników ciepła. Postaram się dokończyć kamizelkę dla Tasi podczas znikania znieczulenia. Tylko jedna rzecz w tej przeciętności jest niepokojąca. Znowu sen. Dziwny jakiś, niedobry. Nie daje się zapomnieć. I mam wrażenie, że śnił mi się już kiedyś. To znaczy - nie, inaczej. Dziś śniło mi się, że byłam gdzieś, w niepokojącej przestrzeni. Ale nie byłam w niej sama. We śnie jednak wiedziałam, że kiedyś samotnie prz...

sen kolorowy

Dzisiaj wszyscy poszliśmy w końcu do swoich zajęć. Dorośli do pracy, Mewa do przedszkola, Tasia do szkoły. Siedzę ostrożnie jak mysz pod miotłą, a telefon potwierdził, że póki co jest ok. Nie zapeszajmy. Oczywiście rano było nerwowo, szybko i nie tak, jak bym chciała. Sny też nie były takie. W tym roku nad podziw często śnią mi się osoby z pracy i co ciekawsze - nie zawsze ci, z którymi bezpośrednio współpracuję. Zawsze w sumie nie w kontekście zawodowym, ale powiedzmy takim życiowo - nijakim. Oprócz tego sen był kolorowy, bardzo, i jeszcze powiedzmy fakturowany. Wybierałam farbę do ścian w kuchni, a próbki kolorów w formie ogromnych bali tkanin, jak dawniej w małomiasteczkowych pasmanteriach, zalegały na regałach dziwnej kawiarni. Od sufitu zwisały rozciągnięte mechate koce, błyszczące satyny, wzorzyste falanele, jakieś tkane z włóczek połacie kolorów zakończone frędzlami. Cóż za dziwny sklep - kawiarnia. Bo jak miałam wybrać kolor farby na ścianę zanurzona w tym przepychu dekoracji j...