Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą zwyczajność

powroty

Fajnie się wraca do domu z wyjazdu. Co prawda zawsze jest trochę frustracji, dużo prania i kilka strat w roślinach domowych, ale też mimo wszystko jest radość. Można docenić, co się ma, to swoje obecne miejsce na ziemi, choć też tymczasowe.  Ogródek powitał mnie żądaniem natychmiastowego koszenia oraz nową lilią, piękną, choć niestety też pachnącą. A ja nie lubię tego zapachu. Ogarniam straty. Zbieram plony. Zrobiłam wczoraj pierwsze w swoim życiu słoiczki własnych pomidorków koktajlowych. Ciekawe, czy okażą się smaczne. Nigdy takich nie jadłam. Zastanawiam się jeszcze nad kiszonymi pomidorkami, bo podobno też można.  Oprócz tego mam jeszcze kilka spraw do ogarnięcia. Ale zamierzam też zwyczajnie poleniuchować. 

słońca

Właśnie rozpoczynam urlop. Trzy tygodnie. Już dawno tyle wolnego na raz nie brałam. W tym roku ostatnio w lutym miałam dwa pojedyncze dni, które w zasadzie były poświęcone na lekarzy i inne załatwianki. Bardzo dziwny jest ten rok, wymagający, inny. Urlop też będzie pewnie nieprzewidywalny. Ten środkowy tydzień mamy już zajęty, lecz na pozostałe dni w sumie plany są mgliste. I tak jest w sumie dobrze.

normalność

Cały weekend piekłam chleb, w sumie cztery bochenki. To moje pierwsze chlebowe wyczyny i muszę przyznać, że bardzo udane. A ileż mi to zadanie sprawiło radości! Cudowne uczucie. Powoli wszyscy oswajamy się w nowej rzeczywistości. I jak w każdej - czasem jest trudniej, a niekiedy zdarzają się krótkie i niespodziewane momenty niezrozumiałego szczęścia. Jak pachnący chleb na kuchennym stole, jak słońce za dopiero co umytym oknem, kawa na tarasie w ulubionej filiżance. Kręci mnie moja większa normalność tych niecodziennych dni.

byle do weekendu

Zabawne, czekam na weekend. Zwykle chodziło po prostu o siedzenie w domu. Tymczasem pozostaję w domu już trzeci tydzień, w tym pierwszy pracując zdalnie. Ostatnie cztery dni były dla mnie trudne, a i dzisiejszy pewnie nie będzie lepszy. Wieczorami jestem tak wykończona, że nawet na czytanie nie mam siły. Nigdy mi się nie zdarzało nie być w stanie doczytać rozdziału, a teraz - nagminnie. Wszystko chyba przez to, że dzień pracy w domu przeciąga się do późnych godzin wieczornych. Staram się być uczciwa w rozliczeniach czasu, więc przerwy konieczne na sporządzanie śniadań, przytulań, tańczeń i sprawdzanie zadań, odpracowuję wieczorami. Marzę o odrobinie odpoczynku, o ogródku. Mam kilka kwiatków do przesadzenia w domu. Liczę na słońce na balkonie w najbliższym czasie, gdzie chociaż z rana mogłabym przysiąść na chwilę z poranną kawą, jak dawniej. Do weekendowego wypoczynku chętnie dorzuciłabym zatem porządki, aby balkon był gotowy. I okna... strach pomyśleć. Oraz pewnie zakupy na kolej...

rośnie

To oczywiste, że mi odbiło. Cztery rodzaje pomidorków koktajlowych, truskawki i poziomki oraz gazanie, pelargonie, begonie i koleusy, wszystko w postaci nasionek z nadzieją złożonych w wilgotnym podłożu mieszka w moim pokoju na parapecie. Niektóre już wzeszły, mimo zapewnień na opakowaniach, że wschodów spodziewać się można za około 2-3 tygodnie. Później się zastanowię, co z tym wszystkim zrobię, ale jak znam życie - nie będę miała problemów, aby to rozdysponować. Tak sobie umilam czas, jak mała zaśnie, co nie zdarza się często, z różnych względów. Ale ten tydzień był trudny, pod znakiem walki z wysoką temperaturą i w sumie w oczekiwaniu, co się wykluje. W poniedziałek wykluczyliśmy grypę (nie byłam świadoma, że są już na to testy) i stanęło na tym, że to po prostu rodzaj wrednej infekcji górnych dróg oddechowych. W czwartek lekarz stwierdził zapalenie oskrzeli, które już w zasadzie przechodzi na płuca. A dziś, w sobotę, na szczęście jestem pewna, że antybiotyk zadziałał, bo gorą...

na poprawę humoru

Jak sobie wspominam, grudnie przeważnie nie były ponure. Raczej ogarniały mnie adwentowe oczekiwania, zmieniał mi się gust na piernikowy i wszystkie dodatki codzienności miały tendencję do objawiania w sobie czerwieni. Zawsze też marzyłam o skandynawskich swetrach, grubych wełnianych skarpetach, pokaźnych tomiszczach myśli upchanych w słowa, więc długie wieczory nie męczyły, przeciwnie - dodawały otuchy. Niestety zawsze grudnie kończyły się marnie. Nigdy nie miałam takich świąt, o jakich marzyłam i marzę. Chociaż te w dzieciństwie były zdecydowanie najbliżej, by wypełnić moje dziecięce chcenia. Jednak odkąd jestem dorosła święta to koszmar. Zatem jak co roku nie czekam na święta. Wiem jak będzie - fatalnie. Nawet gdy mam chwilowy przebłysk nadziei, gdy podejmuję działania na miarę moich marzeń, rzeczywistość dowala mi z którejś strony. No cóż, bywa. Nawet mi już nie zawsze jest smutno. Nie pokażę tutaj choinki, skarpet na kominku, pierników na złotym obrusie. To będą tylko dekorac...

sezon na dynie

 Oczywiście, gdy to piszę, sezon na dynie już minął. Ale dzięki temu, że zaczął się sezon na jesienno - zimowe chorowanie mam w ogóle czas pomyśleć, o jak wielu rzeczach nie napisałam na blogu, a chciałam. W ogóle zaczynam patrzeć na infekcje własne jak na okazję do zatrzymania się na bocznej stacji w oczekiwaniu na mocno opóźniony pociąg do zwyczajności. Siedzę w domu, jeszcze sama, ale sądząc po nasilających się objawach jutro już może będę miała kilkuletnie towarzystwo, a wtedy zapomnę o tym swoim pożałowania godnym zapaleniu zatok i skoncentruję się na wycieraniu innego nosa i pilnowaniu innych lekarstw niż mój antybiotyk. Na zdjęciach wspomnienie początku jesieni. Oraz czapka z dropsa, wykonana zgodnie z zaleceniami producenta oraz z ich włóczki. Wszystko bardzo polecam, bo wdzięczne, sezonowe i zabawne.

mały balkon od frontu

W zeszłym roku ten mały balkon od frontu był kompletnie nieużywany. Ale ja kocham balkony i najchętniej siedziałabym na wszystkich na raz! Ten jest niezwykle słoneczny, bo jego kierunek to południowy zachód. Mieści się na drugim piętrze domu, więc słońce oświetla go najdłużej. Przynależy do pokoju najstarszej córki. W tym roku postanowiłam wstawić jej coś na ten balkonik, coś do posiedzenia. Oczywiście ona wolałaby modny ostatnio wiszący fotel, ale to dość droga inwestycja i muszę ją odłożyć w czasie. Oprócz tego nie bardzo jestem przekonana do tego pomysłu, bo przecież ten fotel razem z całym tym pałąkiem do jego zawieszenia zajmie całą powierzchnię balkonu! Zdecydowałam się na niewielki stolik i dwa krzesła. Docelowo będą one stały na tarasie, ale tym czasem na tarasie są wielgachne pomidory. W skrzynkach są posadzone pelargonie. Wyhodowałam je z nasion! Zbierają się do kwitnienia, ale jeszcze trzeba im dać troszkę czasu. Posadzone są naprzemiennie - białe i łososiow...

niegotowa

Mam tyle zaległości! Siedzę zatem spokojnie i korzystam z tych około 60, może więcej, minut południowej drzemki mojego chorowitka. Nagrzewam plecy w słońcu zza szyby. Otumaniam mózg trzecią dzisiaj dawką kofeiny. Pilnuję, by nie zakładać nogi na nogę i od czasu do czasu wyprostować plecy. Powinnam to, powinnam tamto. Wiele rzeczy. Ale w zasadzie się cieszę, że moje życie nie toczy się torem ustalonym. Jestem wdzięczna za każde życiowe spóźnienie, zboczenie z toru, zaniedbanie obowiązku, odpuszczenie sobie. Gdybym zawsze robiła to, co powinnam, byłabym ... nudna i w gruncie rzeczy nieprzygotowana do życia. A tak jestem tylko niegotowa na utarte zwyczaje, na małostkowe "powinnaś" i "trzeba by", a nawet "warto". Jestem zabawnie kreatywna, jeśli chodzi o radzenie sobie w codzienności skrojonej dla mnie jakby z za małego skrawka wieczności.  Malowniczo poustawiane brudne naczynia, trzeszcząca pośniadaniowa podłoga w kuchni, bogactwo materii zgro...

biedronka, która mi zwiała

Na 38 piętro bardzo rzadko dolatują gołębie, ale widziałam na szybie biedronkę. Trudno było, niezręcznie tak podczas szkolenia wyjąć aparat i robić jej zdjęcia. Więc tylko na nią patrzyłam.  W swoim biedronkowym stylu łaziła sobie po szybie, chyba nieświadoma wysokości. Może na niej nie robi wielkość takiego wrażenia jak na mnie. Nie spieszyła się. Nawet sobie przystanęła, chociaż co to za stabilność na gładkiej powierzchni prostopadłej do poziomego betonu poniżej? W każdym razie w niej strachu nie było. Rozłożyła te swoje żenująco mikroskopijne w tym ogromie skrzydełka i z gracją rzuciła się w miejską przepaść.  Gapiłam się trzy dni.  Ja tak nie fruwam. 

ogródek we mnie

Dobrze jest czasem się zatrzymać w pół kroku, choćby przy oknie, z firanką niedosłoniętą, nad pozostawionym  na parapecie kurzem. Kilka minut, jeśli można nie biec dalej, jeśli dane jest wniknąć pod powierzchnię rzeczywistości. Darowany tydzień w domu za dnia, marudne kilka dni z termometrem, inhalacjami, drzemkami przerywanymi szlochem i nocą z wiecznie zapaloną lampką na parapecie. Nie, nie, wcale się nie skarżę. To życie, jestem już nauczona, żłobek, jesień, infekcje - norma. Nie zadaję niepotrzebnych pytań. Zwyczajnie - dziękuję. Że mam dla kogo być zmęczona i dla kogo wstawać w nocy. Że raczej uda się bez antybiotyku. Że raczej nie wyrzucą mnie z pracy za te kilka dni zwolnienia. Że mimo wszystko znalazłam kilka chwil dla siebie na przemyślenia. Jest we mnie jeszcze kilka kolorów, niespodziewanych niekiedy. Nie jestem wiecznie zielona, ale już przeklęta życiowa mądrość podbarwiła mi radość fioletem, różowym niekiedy. Czy tak łatwiej znosić cierpienie to nie wiem, ale pr...

dostęp

Och, jesień, dobrze, że mnie dopadasz. W kilkusekundowych odcinkach przebudzeń w ciągu biurowych niedorzeczności i błahostek zwykłych wtorków, czy tam śród, piątków, z trudem uświadamiam sobie sens zarumienionych liści, zabłąkanych na polach mgieł pod lasem i tego jak mnie zmierzch odprowadza do domu z autobusu. Po wyjściu z kontrolowanej kompozycji betonu, szkła i drewnopochodnego laminatu, dokąd podwieszone pod sufitem systemy industrialnych urządzeń tłoczą gaz ponoć w właściwej proporcji do utrzymania naszych wstydliwych fizjologii, pierwszy oddech na warszawskiej ulicy w samym centrum tego lokalnego wszechświata nieodmiennie smakuje nostalgią. Zabroniono nam otwierać okna, a naszą krnąbrność ukarano zabierając klamki. Codziennie nie zdążam obejrzeć fioletowych liści krzewu z ogródka, ...

poranne spacery dwa

O tak, uwielbiam wcześnie wstawać! Najlepiej tak rano, że jeszcze niebo śpi, a słońce nawet nie wie, że ma coś konkretnego do zrobienia. Np. 5:00, ciemno jak na dnie szuflady w szafie w piwnicy, a ja ochoczo wyplątuję się zarzuconych na mnie rąk i nóg, odganiam swojskość ciepłej kołdry i lekko zbiegam z sypialni boso wprost na lodowate kafelki kuchni. Chłód z rozszczelnionych okien rozpoczyna masaż ujędrniający wszystkich tych części mojego ciała, które magicznie potrafią wywołać na skórze zabawne kropkowate wypukłości. O tak, uśmiecham się do siebie w lustrze, błyskawicznie zakładam przygotowane wieczorem ciuchy, piję kawę, zjadam śniadanie czytając kilka słów, nanoszę ostatnie poprawki w kalendarzu, wkładam kanapki do torby i prawie jestem gotowa na pierwsze ekscytujące wydarzenie właśnie rozpoczynającego się dnia - poranny rześki spacer z psem. O tak, początki dnia są ekstra. Uwielbiam wcześnie wstawać. Tyle że ... przychodzi mi to z trudem. O 5:00 po omacku szukam wyj...

wybrane plusy września

Zamiast narzekać, a właśnie miałam zamiar opisać jak mi się doba skurczyła, sen uległ redukcji, a zwiększył poziom stresu ze względu na podwyższony poziom absurdu biurowego, w którym muszę przebywać długie minimum 8 godzin dziennie, postanowiłam wymienić sobie kilka, bo mam nadzieję, że kilka się znajdzie, plusów mojej obecnej sytuacji. Dla przypomnienia - wróciłam do pracy po dwóch latach nieobecności. Jak bardzo to trudne ta tylko wie, która zrobiła podobnie. A plusy są takie: 1. znowu dużo czytam - hurra długie dojazdy do pracy! Godzinka rano, godzinka po pracy, ścisk taki, że ręki nie ma gdzie uczepić, ale na szczęście książkę i tak jakoś udaje mi się rozłożyć 2. znowu maluję paznokcie - uwielbiam to, ale wydawało mi się bezsensowne w domu, teraz nie mam takiej wymówki 3. są w moim otoczeniu ludzie, którzy nie oczekują ode mnie stuprocentowej uwagi, mogę ich zostawić na chwilę, zupełnie stracić z oczu, a nic złego im się raczej nie stanie 4. sypię cytatami z teraźniej...

3 w 1

Gdyby ktoś się mnie pytał, jak się czuję czy coś, to raczej nie byłaby to rozmowa optymistyczna. Ale na szczęście nikt nie pyta. Aktywizują się za to współpasażerowie niedoli z pracy wyrażając swoją (o dziwo) radość z mojego bliskiego powrotu. Może to forma podniesienia mnie na duchu, a może stanowię po prostu zapowiadaną wrześniową atrakcję. Tymczasem w domu mam zoo. Pies wiadomo - od czterech lat. A teraz doszedł królik karzełek tzw. baranek. Należy do średniej córki. Ale radość daje każdemu. Nikt z nas nigdy nie miał królika, to nasz pierwszy. Nieźle kica sobie po trawie, panienka królica. Najstarsza córka zapragnęła znowu mieć szczurka. Nie lubię tych zwierząt, do ręki nie biorę i zasadniczo mogę obserwować je tylko w klatce. Raz kiedyś mieliśmy szczura, żył prawie dwa lata. Nie zdążył mnie oswoić. Tym razem są dwa, jaśniejszy na zdjęciu i ciemniejszy. Może kiedyś uda mi się zrobić zdjęcie dwóm na raz. Obie samiczki jakby co. W ogródku króluje jednak papryk...

pierwsze koszenie

Padam na glebę, nawet nie na tę moją skoszoną już jakiś czas temu trawę, ale na wszystko jedno gdzie padam. Dlatego nie na wszystko starcza mi sił, nie wszystkie moje ja mogą funkcjonować. Dlatego nie piszę, nie dzwonię, nie nic. Nie szkodzi. Czasem jest dobrze dać sobie urlop od pewnych spraw. Ale o koszeniu muszę. To jest super, prawie jak podlewanie, które uwielbiam. Co prawda mój trawnik pozostawia trochę do życzenia, wymaga mojego zaangażowania, dosiewek itd, ale w zasadzie mnie to jakoś nie stresuje. Prawda, idealny nie jest. Może ptaki wydziobały, może ja nie równo jakoś ziarno sypałam, nie ważne. Zajmę się tym po powrocie. A tymczasem już nawet taki nieidealny ogródek cieszy mnie niemal tak, jak te mizerne postępy w samodzielnym zasypianiu przez moją półtoraroczną córkę. Zwykle udaje się już bez czterdziestu minut płaczu, ale niestety to trwa i trwa, i jeszcze trochę trwa. Siedzę przy łóżeczku i już po około kwadransie zaczynam myśleć, co pierwsze zrobić jak w końcu u...

odpoczynek na szybko

Usiadłam na chwilę i blogi sobie czytam. Zmęczona, już niegłodna, ale jak wparowałam do kuchni to aż mi się ręce trzęsły. Tak to jest wpaść w trans, gdy niespodziewanie udaje się uśpić dziecko, a trudno przewidzieć, kiedy się obudzi. Niespodziewanie, bo ostatnio różnie z tym snem bywa, na przykład wczoraj w ogóle się nie dało i od 6:00 do 23:00 niewiele się dało zrobić z marudą. Cały ten tydzień taki sobie, zaczął się szczepieniem w  poniedziałek, a to skutecznie wytrąca małą z codzienności. No i zaburza mi wszelkie plany. Magnolia nie kwitnie tak ładnie jak za pierwszym razem. Nie chodzi wcale o to, że jest mniej kwiatów. Nie szkodzi. Są niestety jakby uszkodzone, podeschnięte, brązowawe. Zastanawiam się, czy to przez wiatr, który kazał gałęziom bez opamiętania chłostać nasz dom. Bo sucho raczej nie miała. A może to jakaś inna przypadłość. Ktoś, kto sadził wiele lat temu tę magnolię nie przewidział, że tak się bardzo rozrośnie. I wchodzi nam w okna. Mnie to absolutnie nie prz...

trawa, fasola i inne błędy

Dziwny dzień dzisiaj, pochmurny, niemrawy. Od rana załatwiłam jednak więcej niż w niejeden dzień energetyczny. Byłam z małą na szczepieniu, a to wiadomo - wyprawa, w dodatku emocje, niekoniecznie z tych pozytywnych. Ale naprawdę nie było źle. Teraz mała śpi, zasnęła na spacerze pod przepastną budką. Może odurzyła ją wilgoć z powietrza, może podmuchy jakby jesiennego wiatru, może to organizm litościwie przesypia ból maleńkiej igiełki naruszającej komfort dziecięcego przedramienia. W ogrodzie wzeszła trawa. Nieśmiało popękały nasiona i jakaś zieleń skrada się po ziemi. Czekam, czekam, gadam i namawiam. Codziennie wieczorem podlewam i czekam cierpliwie. Ale moc się skrada. Na rabatkach coraz mniej miejsca, wszystko się rozrasta, chociaż niewiele co kwitnie, tylko kosmos, ale dostałam już taki duży. Czekam aż wybuchnie kolorami to, co posiałam sama i wtedy się pochwalę. A póki co byłam znowu w ogrodniczym (taki nowy nałóg) i dosadziłam sobie trochę gotowców, zwykle z wyprzedaży...