Wychodzę z choroby, a raczej ona wychodzi ze mnie. Pomagam jej lekami, wyganiam, wyrzucam w wydmuchanych chusteczkach, spłukuję herbatkami, żegnam. Jestem osłabiona po walce. Patrzę na miejsce, gdzie będzie mój ogródek i balkon, do którego nie kupiłam jeszcze huśtawki. I to by trzeba przetrzeć, i tamto wyszorować, przyciąć, wyciąć, nawozić. Tymczasem kawa słabiutka i tępo obserwuję cyferki do powrotu dzieci ze szkoły, do przebudzenia. W sobotę zniknie reszta zaniedbanych rozpasanych tui z ogródka. Muszę do tego czasu nabrać sił i poukładać się w sobie. Nie myśleć za dużo. Organizować. Torf kupić, ziemię, w końcu doniczki dla sukulentów, nasiona kwiatowe jakieś. Przecież w końcu przydadzą się. Tym się zająć! A nie myśleniem, nie światem dla wybranych, nie wynikami badań, co mają być jutro, a już martwią, nie zastanawianiem, czy z tego miejsca listy dostanę się do żłobka przed wrześniem i czy uda się najstarszej poprawić te ostatnie słabe oceny z tego i z tamtego, i jes...
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)